wtorek, 20 września 2016

Pierwszy autostop, urodziny, starość z przemyśleniami, niedosyt czyli... ~Miesięcznik sierpniowy~

Pora na kolejną luźną gadkę, a więc, ze sporym poślizgiem, oto nadszedł czas na miesięcznik! Sierpień był miesiącem dość dziwnym. O ile początku prawie nie pamiętam, o tyle na koniec coś się działo. Pierwsze dni sierpnia przesiedziałam w pracy, bo uświadomiłam sobie, że muszę zapłacić ubezpieczenie za auto. Wobec tego najpierw szybkie dopisanie mamy jako współwłaściciela (nadal niestety jestem w "grupie ryzyka", w związku z czym moje ubezpieczenie za 20 letnie auto z silnikiem 1.2 osiągało jakieś kosmiczne ceny), następnie "tyranie" w pracy, żeby na owe ubezpieczenie zarobić. Jak już na nie zarobiłam, przyszła kolej na zbieranie pieniędzy na urlop. Autostop tani, ale jakiś budżet należało mieć przyszykowany. W związku z tym niestety pozostawało mi tylko nostalgiczne wzdychanie do ton kosmetyków, które chciałam kupić/przetestować. Tuż przed urlopem nerwowe planowanie, szukanie, pakowanie, sprawdzanie, załatwianie dokumentów i... w końcu odpoczynek!


Tak, to zdjęcie jest zdecydowanie moim ulubionym :) Relacja z całej wyprawy jest na blogu, zachęcam do przeczytania :)
W trakcie naszej podróży wypadały moje urodziny. Lepszej otoczki mieć nie mogłam - obrzeża Rijeki nocą, szum wody, przytłumione światła zaciemnionych wąskich uliczek pełnych schodów, no żyć nie umierać. Do tego wszystkiego skromna celebracja mojego święta i prezent, cudowny prezent... Zoeva Smoky Palette <3


Odczuwam niestety pewien niedosyt. Nie, nie prezentu. Niedosyt odpoczynku. Praktycznie nie odczułam wakacji, gdyż cały czas pracowałam. O wrześniowych wakacjach w związku z byciem studentem też już czas zapomnieć, gdyż moja przygoda z Uniwersytetem Łódzkim dobiega niestety końca, a moja obecna szkoła rok szkolny rozpoczyna właśnie od września. I może nawet gładko bym się przestawiła na obecny tryb, gdyby nie to, że praktycznie nie odpoczęłam. Czuję się tak, jakbym nie poszła na żaden urlop, a wakacje zawiesiły moje odczucie rzeczywistej czasoprzestrzeni. Nadeszły wakacje, a ja wciąż miałam wrażenie, że jest wiosna i w nocy zdarzają się przymrozki. Wakacje minęły, a ja wciąż nie mogę się przyzwyczaić do niskiej temperatury. Nie dotarło do mnie, że już nadszedł czas tych instagramowych wieczorów w kocyku, ciepłej herbatki i dobrej książki w łóżku, tudzież przy oknie. Chyba chandra mnie dopada. A może starość? Jeśli o to chodzi, trochę zbił mnie z tropu fakt, że uczę się na technika usług kosmetycznych. O ile sam fakt kształcenia uznaję za życiowy sukces, o tyle zaczęło do mnie docierać, że to już. Za dwa lata pora znaleźć stałą pracę i dziarskim krokiem wejść w kwintesencję dorosłości. Koniec z "spytam mamy" i "mamo pożycz" trochę przeraża :D



Korci mnie żeby zakupić jakiś tablet. Znając jednak siebie, nie zdziwię się, jeśli to będzie chwilowa zachcianka, po miesiącu leżąca w kącie. Muszę się trochę zacząć "uporządkowywać", moje roztrzepanie zaczęło zamieniać się w "lelum-polelum". Może zacznę od zwykłego, poczciwego kalendarza? Myślę, że to może być dobry krok. Ponadto rozpoczynam okres oszczędzania, co mnie bardzo boli, bo z natury jestem osobą bardzo rozrzutną i żyję dosłownie od wypłaty do wypłaty. Laptop się sypie, klawisze powoli przestają działać (więc za wszelakie błędy przepraszam, technologia czasem zawodzi), zacina się i różne dziwne rzeczy się dzieją.

https://thumbs.dreamstime.com/z/zepsuty-komputer-laptop-47043773.jpg
Drodzy Państwo, oto zawitał wrzesień, lada moment będzie październik, pora więc na przegląd szafy i WYMIANĘ OPON Z LETNICH NA ZIMOWE!!!. I nie mam tu na myśli naszego brzucha, ale samochód :) Miesięcznik wrześniowy mam nadzieję dodać już o czasie, choć za dużo pisania się nie szykuje. Chociaż może i by było o czym pisać, gdybym poruszała na blogu kwestie religijne czy też polityczne (czekam na rezultat 18 i 22 września - chyba nic więcej dodawać nie trzeba). Jednak jest to blog kosmetyczno-lifestyle'owy, toteż te najbardziej prywatne kwestie poruszone tu nie zostaną, ot co :)

czwartek, 8 września 2016

Najlepszy prezent urodzinowy, czyli Zoeva Smoky Palette

Dzisiaj przychodzę z recenzją mojego cudownego prezentu urodzinowego <3 Prezent został wręczony w przepięknej scenerii, bo w Chorwacji w Rijece, wieczorem w towarzystwie tortu (w postaci muffinki) i najlepszego na świecie B. :) A mowa o...

https://mintishop.pl/product-pol-5128-ZOEVA-Smoky-Palette-Paleta-10-cieni-do-oczu.html
Zoeva Smoky Palette <3 Zacznijmy od początku. Opakowanie jest kartonowe, zamykane na magnes. Posiada dodatkowe kartonowe pudełeczko, dodatkowo chroniące paletę przed zniszczeniem. Ma przepiękną szatę graficzną, przedstawiającą unoszący się dym. Na środku nazwa palety finezyjną czcionką i napis, który mi tam ewidentnie nie pasuje :P Z tyłu opakowania umieszczone są informacje o składzie cieni, producencie i dacie ważności (36 miesięcy od otwarcia).


Smoky to paleta, w której przeważają matowe cienie, bo jest ich aż osiem. Mamy również dwa świecidełka. Pigmentacja cieni jest rewelacyjna, przy aplikacji wystarczy delikatne pacnięcie pędzla. Cienie mają wspaniałą konsystencję, mam nieodparte wrażenie, że jest delikatnie kremowa - nie jest to tępe pudrowe uczucie. Cienie świetnie się ze sobą blendują, ciężko jest sobie zrobić nimi krzywdę, bo zawsze jest możliwość roztarcia :) Mamy tutaj po kolei Relieve The Moon - rozbielony beż, Sleep To Dream - jasny szary, Soul Searching - brudne, połyskujące złoto z fioletowymi tonami, Sweet Smell - ciepły mleczny karmel, Dark Edge - brudna połyskująca zieleń, Dust & Memories - jasny róż, lekko przybrudzony z delikatną nutą brzoskwini, Smoky Wishes - bordo z przytłumionym wiśniowym akcentem, Elegant Chaos - ciemny czysty fiolet, Ashes Awake - piękny ciepły brąz z czerwonymi akcentami, Real Light - kolor, którego nie może zabraknąć przy smoku, a więc czerń.


Poniżej prezentacja swatchy na łapce :)



Dzięki tej palecie utwierdziłam się w swojej miłości do Zoevy. Odhaczyłam kolejny produkt z wishlisty i nie mogę doczekać się kolejnych palet, które wpadną w moje łapki :) Tą paletą wykonamy zarówno makijaże dzienne, jak i wieczorowe. Na te drugie paleta jest nastawiona najbardziej. Wydawało mi się, że będę mieć problem z wykonaniem delikatnych, jasnych makijaży. Okazało się jednak, że wszystkie makijaże, które do tej pory wykonałam przy użyciu tej palety, zdecydowanie należą do dzienniaczków :) Poniżej przykładowy, dzienny makijaż. Ot, klasyczny brązowy, przy którym możemy spokojnie pobawić się kolorem na ustach - sprawdzą się przy nim zarówno nudziakowe pomadki, jak i te intensywniejsze. Dobrze będzie wyglądać czerwień oraz winne odcienie, również z fioletowymi tonami. Fuksja również nie wypadnie tutaj źle. Tak, jak wspomniałam, makijaż ten jest bardzo uniwersalny.






Na całą powiekę nałożyłam bazę od Artdeco (ostatnio moja ulubiona) i na całą powierzchnię nałożyłam neutralny cień. W samo załamanie powieki trafił Smoky Wishes, który został roztarty Sweet Smell. Pod łuk brwiowy, nachodząc na kolory w załamaniu, poszedł Relieve The Moon. Na środek ruchomej powieki założyłam Sweet Smell, przyciemniając go w zewnętrznym kąciku Ashes Awake, i rozjaśniając w wewnętrznym kąciku Relieve The Moon. Namalowałam kreskę eyelinerem i wytuszowałam rzęsy :)

wtorek, 6 września 2016

Autostopem do Chorwacji

Na miesięcznik trzeba będzie jeszcze chwilkę zaczekać - muszę wszystko po kolei uporządkować :) Dzisiaj natomiast krótka (?) relacja z mojej pierwszej podróży autostopem i to aż do Chorwacji.


Wszystko zaczęło się od tego, że poprosiłam w pracy o 10 dni wolnego, które dostałam. Co by tu robić? Siedzieć w domu i zmarnować ten czas - trochę bezsensu. Pojechać gdzieś w granicach Polski - dwa/trzy dni, a wydamy miliony monet. A czemu by nie... autostop? Tak wpadliśmy na pomysł, jak się okazało, ekonomicznej względem portfela podróży. Trochę poczytaliśmy i padło na Chorwację. Trasę ustaliliśmy (Czechy-Austria-Słowenia-Chorwacja) i zaczęliśmy planować, co zapakujemy. Bogaci w teorię zabraliśmy masę niepotrzebnych rzeczy. Na dwa dni przed podróżą uświadomiliśmy sobie, że wycieczka na hip-hip-hura nie jest dobrym pomysłem i trzeba wyrobić sobie EKUZ i dodatkowe "na wszelki wypadek" ubezpieczenie. Przygotowania zakończyły się sukcesem, pozostało tylko niecierpliwe odliczanie minut.

Jako, że mieszkam około 5km od Rzgowa (na pewno kojarzycie Centra Handlowe Ptak i ich godne pożałowania okrzyknięcie się mianem "Ptak Fashion City", cóż, faszyn from raszyn, ale dobra), więc stanęliśmy na trasie Rzgów-Piotrków Trybunalski. I tu pierwszy sukces! Po 10-15 minutach zatrzymaliśmy świetną parę, która jechała aż do Tych. Specjalnie dla nas zrobili dodatkowe 20km, żeby zawieźć nas w dogodne miejsce do dalszych łapanek (MOP). Wysiedliśmy niedaleko granicy, chwilkę odsapnęliśmy (kawa nektar bogów) i podreptaliśmy na autostradę. Spokojnie, nie łapaliśmy jak dzikusy, wybiegając na środek jezdni. Przeszliśmy za barierkę i staliśmy kawałeczek przed wjazdem na stację. Staliśmy 20-30 minut i złapaliśmy... TIRa. Akurat zjeżdżał na 45-minutową przerwę, więc poczekaliśmy razem z nim. Był to Rosjanin mieszkający w Czechach. Oczywiście nie obyło się tutaj bez przypału - po raz pierwszy siedziałam w TIRze. Chcąc zamknąć drzwi, ciągnęłam za półeczkę, którą wyrwałam... Na szczęście sympatyczny Rosjanin tylko się uśmiechnął, machnął ręką i zaczął nam pokazywać zdjęcia swojej żony i córki, przy okazji częstując nas wszystkim, co miał pod ręką. Tym sposobem dotarliśmy w okolice Ostrawy. Wysiedliśmy przy jednym ze zjazdów, znaleźliśmy odpowiednie miejsce i tu niestety nikt się nie chciał zatrzymać. Zatrzymała się pomoc drogowa i powiedzieli, że nie można łapać stopa, więc podwiozą nas na najbliższą stację. Na niej aż roiło się od policjantów - ledwo zaczęliśmy iść w kierunku policjanta, żeby się spytać czy możemy łapać, zaczął krzyczeć, że nie wolno i idźcie się pytać ludzi na parkingu. Troszkę nas to podłamało, nie powiem. Nostalgicznie siedzieliśmy na trawie, paląc papierosa za papierosem i pijąc...


...to obrzydlistwo. Jeśli kiedykolwiek zobaczycie to na półce sklepowej, nie kupujcie. Lura straszna, do tego zalatująca jakimś dziwnym posmakiem... ziemi? Ble. Wracając, w końcu zebraliśmy się w sobie i podeszliśmy do młodego chłopaka i spytaliśmy czy by nas nie podwiózł w stronę Brna. Zgodził się bez problemu i tak wylądowaliśmy na stacji w okolicach Brna. Zaczęło się niestety ściemniać, wobec czego zaczęliśmy szukać miejsca, gdzie rozbijemy namiot. Znaleźliśmy idealne miejsce między drzewami - nas nie było widać, za to my widzieliśmy wszystko.


Rano zjedliśmy szybkie śniadanie i poszliśmy na skrzyżowanie prowadzące na autostradę. Nie staliśmy zbyt długo, bo około 20 minut, zatrzymało się małżeństwo z małym dzieckiem (całe nogi miałam posiniaczone od kopniaków dzieciaka, pozdro) i tak dowieźli nas prawie pod granicę z Autrią, kilka kilometrów od miejscowości Mikulov na stację benzynową. Tam łapaliśmy prawie 3 godziny kolejnego stopa, ale byliśmy w tak dobrych humorach, że czas jakoś szybko płynął.


Nie wyszłam tu zbyt obiecująco, wiem :P Po jakimś czasie zmieniliśmy tabliczkę na "WIEN", ale za wiele to nie zmieniło. Jak mówiłam, po około 3 godzinach dopiero złapaliśmy na stopa chłopaka, który najpierw co prawda koło nas przejechał, ale stwierdził, że w sumie czemu nie i specjalnie dla nas zawrócił :) Razem z nim dojechaliśmy do Wiednia, gdzie mieliśmy pierwsze załamanie. Upał, wszędzie beton, nie ma nawet miejsca "w najgorszym wypadku" na rozbicie namiotu, kierowcy TIRów mają zakaz jazdy w weekend. Nie było nawet gdzie sensownie łapać. Stanęliśmy niedaleko wyjazdu ze stacji, ale ludzie albo nas ignorowali, albo pukali się w czoło, albo coś się do nas pluli. Postanowiliśmy po prostu popytać ludzi czy by nas nie podwieźli chociaż w okolice Grazu - niestety nikogo nie udało się znaleźć. Aż w końcu chyba z nieba nam spadła para z Polski, która jechała na Słowenię do Mariboru! Bez problemu nas zabrali, jak się okazało podczas późniejszej rozmowy też podróżowali autostopem :)


Do Mariboru trafiliśmy wieczorem, słońce powoli zaczynało zachodzić. Uspokojeni faktem, że jesteśmy tak blisko celu, postanowiliśmy znaleźć jakieś miejsce do spania. Poszliśmy w stronę gór, nastawieni na nocowanie na dziko w lesie. Po drodze spotkaliśmy dwóch chłopaków, którzy nam ten pomysł odradzili (twierdzili, że mogą na nas napaść). Bezradni spojrzeliśmy na mapkę - eureka! Niedaleko nas było coś w rodzaju niewielkiego jeziorka. Myśl o kąpieli dodała nam skrzydeł. Niestety, na miejscu okazało się, że to prywatny zarybiony staw, gdzie za drobną opłatą można było powędkować. Spytaliśmy właściciela czy możemy gdzieś na uboczu rozbić namiot i przenocować (Can we place somewhere here a tent? -TEN PEOPLE?!). Właściciel się zgodził, wydawał się być bardzo podekscytowany faktem, że "przygarnął" dwójkę Polaków.


Rano obudziła nas ulewa. Żeby nie zamoczyć całkowicie namiotu, zerwaliśmy się i przenieśliśmy wszystkie rzeczy pod daszek tuż obok stawu. Czekając, aż przestanie padać, zaczęliśmy ogarniać plecaki, wycierać papierem namiot - jednym słowem: zwijać się. Ładnie podziękowaliśmy za możliwość noclegu i poszliśmy w stronę centrum handlowego, aby... Tak. Umyć się. W końcu cudowna kąpiel w centrum handlowym, w toalecie dla inwalidów, w umywalce, pod kranem. Błogosławieństwo! Wiem, wydaje się to być czymś strasznym, ale w tamtej chwili bieżąca woda (wystarczyłaby nawet zimna, ciepłą uznaliśmy za dodatkowy luksus) była niczym wakacje all inclusive na Kanarach. Po kompletnej toalecie, czyści i pachnący poszliśmy na wylotówkę z Mariboru na Zagrzeb. Staliśmy tam  2-3 godziny, aż sympatyczny staruszek powiedział nam (po angielsku!), że wybraliśmy bardzo beznadziejne miejsce do łapania i żebyśmy lepiej przenieśli się kawałek dalej, niedaleko następnego przystanku. Znaleźliśmy owe miejsce, humory nie powiem, pogorszyły się, bo naprawdę długo łapaliśmy bez skutku. Niedaleko znajdował się McDonald, gdzie poszliśmy coś zjeść. To był najpiękniejszy posiłek w Macu - Cheeseburger z potrójnym mięsem i serem oraz wegetariański burger Veggie <3 Wiadomo, najedzony człowiek to szczęśliwy człowiek. W lepszych humorach poszliśmy łapać i tutaj cud - nie staliśmy dłużej niż 15 minut. Zatrzymały się trzy dziewczyny, oferując podwózkę co prawda nie do Zagrzebia, ale do Chorwacji. Po niecałej godzinie, wysiedliśmy na stacji przy autostradzie, już w Chorwacji!


Piękna, słoneczna, ciepła Chorwacja przywitała nas brzydkim, pochmurnym, zimnym popołudniem. Wylądowaliśmy na stacji i właściwie od razu poszliśmy na autostradę (trzymając się zasad bezpieczeństwa "za-barierkowego") łapać. Miejsce było tragiczne. W połowie pasa do skrętu na stację, był głęboki rów, przez który nie dało rady przejść, wobec czego nawet, jak ktoś nas widział z autostrady, było za późno, żeby dla nas zjechał. Byliśmy zdani tylko na kierowców zjeżdżających celowo na stację - każdy jednak nas olewał. Zrezygnowani wróciliśmy na stację, gdzie wyuczyłam B. formułki, jak się pytać ludzi na stacji czy by nas nie podwieźli. B. poszedł "żebrać", a ja załamana (konkretne podłamanie pomieszane ze zmęczeniem ciągłego przemieszczania się) piłam gorącą kawę, żeby się trochę rozgrzać - miałam pierwsze oznaki przeziębienia. B. na bieżąco zdawał mi relacje. Kierowcy albo mówili, że są przeładowani, albo w komplecie, albo mówili "nie, bo nie" i pukali się w czoło, patrząc wzrokiem w stylu "żałosne, weź idź stąd podludziu". W końcu udało nam się trafić na bardo sympatycznego Chorwata, który akurat jechał z synem na mecz Polska-Chorwacja w piłkę ręczną. Wysadził nas na wjeździe na autostradę, prowadzącą wprost do Rijeki. "Super lokalizacja, w Chorwacji nie ma problemu ze stopem, wszyscy się zatrzymują, ludzie powoli będą wjeżdżać na autostradę, jest się gdzie zatrzymać!". Hm, nie do końca. Ludzie wjeżdżający na autostradę owszem, mieli się gdzie zatrzymać, ale jechali bardzo szybko. Dodatkowo nie chcieli się zatrzymywać. Zaraz po odjeździe kierowcy, wturlał się radiowóz policyjny. Tego nam brakuje - mandatu! Rozmowa z Panem policjantem była bardzo szybka:
P: Co tu robicie?
B: Łapiemy stopa
P: Gdzie jedziecie?
B: Do Rijeki.
P: A to nie, ja jadę na Zagrzeb.
...i pojechał xD Tak, policjant chciał nas wziąć na stopa xD


Łapaliśmy tak dobre 3 godziny. Nikt się nie chciał jednak zatrzymać. Zrobiło się zimno i ciemno. Za nami w dole była malutka polanka, gdzie postanowiliśmy się rozbić. Wszędzie rosła mięta i przy każdym kroku do naszego nosa trafiał jej świeży powiew. Rozbiliśmy namiot i zaczęło kropić, okryliśmy więc go folią malarską. To była nasza najgorsza noc. Była burza. Panicznie boję się burzy, gorzej niż małe dziecko. Nie błyskało często, mniej więcej raz-dwa na godzinę, ale jak błysnęło, to w namiocie robiło się tak widno, że aż nic nie było widać. Do tego huk straszliwy. Przez całą noc przysypiałam na 10-15 minut, a większość czasu wcale nie spałam. Dopiero około 5-6 nad ranem (burza dalej trwała w najlepsze) stwierdziłam, że mam to totalnie gdzieś: jeśli ma we mnie strzelić piorun, to i tak to zrobi, i poszłam spać :D Wstaliśmy koło 9, byliśmy obydwoje nieprzytomni (w chwilach, gdy budził się B., dzielnie mnie pocieszał i uspokajał <3). Zebraliśmy się w sobie, ogarnęliśmy rzeczy i poszliśmy na trasę, na szczęście już nie padało. Tu kolejne rozczarowanie. Na Rijekę nikt nam się nie chciał zatrzymać. Po około 3 godzinach zaczęliśmy łapać stopa na Zagrzeb (staliśmy na rozwidleniu - na zdjęciu po lewej stronie prowadziła droga na Zagrzeb Wschód, po prawej droga wjeżdżała na autostradę). Stwierdziliśmy, że jesteśmy już zbyt zmęczeni i do Rijeki pojedziemy pociągiem. Tu też czekaliśmy grubo ponad godzinę. Jeden Chorwat zatrzymał się po to, by (prawdopodobnie) oznajmić nam po chorwacku, że nie ma miejsca, żeby nas zabrać. Długo po nim zatrzymał się młody chłopak. Akurat siedziałam, otoczona rzeczami do skręcania papierosów, gdy się zatrzymał. Chcąc jak najszybciej wsiąść, nie schowałam nic, tylko zgarnęłam i z tym wsiadłam do auta. Chłopak spojrzał się na tytoń, uśmiechnął od ucha do ucha i spytał "Ooo, do you smoke weed?". Ja na B., B. na mnie i nerwowo mu tłumaczymy, że nie nie, to do skręcania papierosów, normalnych, tytoń, ręcznie. On niczym nie zrażony, cały czas się do nas szczerząc, pokazał najpierw zielone, a potem młynek, ochoczo kiwając głową "good stuff, I've got some, do you want?". Podziękowaliśmy jednak, no cóż, była to chyba ostatnia rzecz, na jaką mielibyśmy ochotę :P Podwiózł nas więc niedaleko przystanku, przez całą drogę kręcąc jointa (był bardzo niezadowolony kiedy musiał przerwać kręcenie, bo trzeba było ruszyć albo zahamować :P) i wysadził nas dosłownie na rogu bardzo ruchliwej ulicy (po trzy pasy w oba kierunki) i odpalając jointa upewnił się, czy na pewno nie chcemy. Dodam tylko, że była to godzina 14, bardzo dużo ludzi, a facet był w pracy firmowym autem. Odmówiliśmy i poszliśmy na przystanek. Przyjechał autobus, spytaliśmy się kierowcy czy jedzie na dworzec. Tak, tak, wsiadajcie śmiało! Kupiliśmy bilet (10 kun, sic!) i grzecznie jedziemy. Dojechaliśmy na kompletne pustkowie, gdzie w oddali był rozpadający się dworzec (spokojnie można by kręcić tam horror). Dopiero tu olśniło kierowcę "a gdzie wy tym pociągiem chcecie jechać?". No... Do Rijeki. "A to nie, to źle, to musicie jechać na Dworzec Główny, to w przeciwną stronę. Ale spokojnie, na tym bilecie wrócicie ze mną i przesiądziecie się w tramwaj, wysiądziecie tuż przed dworcem". Ok... Dokładnie tak zrobiliśmy. To chyba była najlepiej zorganizowana podróż podczas całego autostopowego wypadu :P Dotarłszy na dworzec, kupiliśmy bilety do Rijeki. Tu też napotkaliśmy małą barierę językową, bo niestety, ale Panie pracujące na dworcu przeszły chyba jakieś super ekstra kursy angielskiego, bo posługiwały się tak zaawansowanym słownictwem (do tego bardzo płynnie mówiły, jakby nie sprawiało im to najmniejszego problemu), że ciężko mi było coś zrozumieć. Okazało się, że mają wakacyjną promocję na bilety na trasie Rijeka-Zagrzeb i są one po 60 kun, zamiast 120 kun. Żeby było dziwniej, niezależnie od tego, w którym z bardziej głównych miast na tej trasie by się wysiadało, bardziej opłacało się kupić bilet na całą trasę z tą zniżką, niż bezpośrednio do danego miasta. Ponadto zniżka studencka wynosiła 25% i standardowo - zniżki się nie łączą. Chwilę się poszwendaliśmy i wsiedliśmy do pociągu.



Dotarliśmy późnym wieczorem, jechaliśmy trochę ponad 3 godziny. Było już ciemno, byliśmy zmęczeni, ale w końcu dotarliśmy! Wkroczyliśmy do Rijeki. Klimat zmienił się nie do poznania. Ciepłe, aż duszne, ciężkie i wilgotne morskie powietrze natychmiast nas otuliło. Ciemność nadawała niesamowitego klimatu, wszędzie schody, strome, dość wąskie, nieoświetlone, między domami z ogródkami. Wyszliśmy na cichą, spokojną ulicę, od której odchodziło chyba z 5 zejść na plaże. Kiedy postanowiliśmy na jedną z nich pójść, trafiliśmy na Polaków, którzy również przyjechali tu autostopem. Polecili nam hostel, w którym się zatrzymali. Chwilę pogadaliśmy i się pożegnaliśmy. Zeszliśmy na plażę, ale niepewność noclegu nie dawała mi się cieszyć chwilą. Nalegałam, żebyśmy zatrzymali się w hostelu. B. stwierdził, że to nie taki zły pomysł. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Poszliśmy do pierwszego hostelu. Idąc w stronę drzwi, ni stąd ni zowąd wyskoczyło chyba z 8 kociąt, wszystkie wlepiły swoje piękne ślepia we mnie i stanęły w bezruchu. Creepy. Od razu przed oczami stanął mi mem "You came to the wrong neighbourhood, bro". Po tym, jak to pomyślałam, dotarła do mnie cała sytuacja i zaczęłam się sama z siebie śmiać, że wystraszyłam się malutkich kociaczków :D (Tak tak, a kierowca wstał i zaczął klaskać, ho ho zatrzymajcie tę karuzelę śmiechu :) W każdym razie z tego hostelu zrezygnowaliśmy (150 kun) i poszliśmy do drugiego, gdzie się zatrzymaliśmy (127 kun, Youth Hostel) i okazało się, że był to ten hostel, w którym zatrzymali się poznani wcześniej Polacy. Akurat zaczęli przygotowywać sobie kolację, wobec czego nie chcąc przeszkadzać, poszliśmy do pokoju (również spali w tym samym pokoju), gdzie się doprowadziliśmy do porządku - umyliśmy się, przebraliśmy i poszliśmy pozwiedzać. Ponadto tego wieczora świętowaliśmy moje specjalnie przełożone urodziny (o 2 dni), ale o prezencie pojawi się osobny post, będę go musiała wcisnąć jeszcze przed Miesięcznikiem :)







Następnego dnia (wtorek) zaczęliśmy trochę się włóczyć po Rijece i stwierdziliśmy, że wieczorem pojedziemy do Jadranova. W samej Rijece za dużo do zwiedzania nie ma, no ok, architektura naprawdę zacna, ale chyba nic poza tym... Plaże małe, jedna tylko była ładna, reszta to kamienie zatopione w betonie i zarośnięte krzaczorami i chwastami. Tego dnia podjęliśmy decyzję, że nie będziemy wracać autostopem do Polski, bo musielibyśmy już się zbierać. Znaleźliśmy połączenie Chorwacja-Polska, umówiliśmy się, że będziemy w takim razie wsiadać w Karlovac w czwartek o 13, bo o tej miał być tam kierowca. Poszliśmy na dworzec dowiedzieć się jak jeżdżą pociągi, dostaliśmy rozkład jazdy, więc poszliśmy kupić bilet do Jadranova, bo akurat godzinowo mieliśmy wszystko fajnie dograne: wtorek do Jadranova, w środę wracamy o 15.20 do Rijeki, idziemy zjeść i na 17.35 na pociąg do Karlovac (później już nic nie jechało, musielibyśmy dopiero następnego dnia jechać jednym jedynym pociągiem o 7.15, którym byśmy się wyrobili na busa), gdzie się rozbijemy z namiotem i rano podreptamy na busa do Polski. Plan był piękny...



Pojechaliśmy więc autokarem do Jadranova (40 kun). Jak tylko wysiedliśmy, od razu rozejrzeliśmy się za przystankiem, z którego byśmy wrócili do Rijeki. Miejscowość mała, więc jak zobaczyliśmy przystanek "w odwrotną stronę" stwierdziliśmy, że to na pewno ten. Spytaliśmy się jeszcze na wszelki wypadek Pani w kiosku znajdującego się obok przystanku. "Tak tak, do Rijeki". Poszliśmy więc na plażę, jednak nie tam, gdzie było najwięcej ludzi, ale kawałek dalej, żeby się rozbić na dziko. Piękniejszego miejsca wybrać nie mogliśmy...






W nocy strasznie wiało. Namiot kilkukrotnie sam się złożył (mam taki samorozkładający się, nie Quechua), więc stwierdziliśmy, że namiot złożymy, żeby się nie porwał, a sami będziemy spać na plaży. Nie była to najwspanialsza noc (w Chorwacji plaże są baaardzo kamieniste), a około 6 rano się przebudziliśmy i weszliśmy na wszelki wypadek znowu do namiotu, żeby nas nikt nie okradł, na szczęście już tak nie wiało. Rano na spokojnie zjedliśmy śniadanie. Próbowaliśmy wejść do wody, ale była tak lodowata, że skończyło się na kilkukrotnym zanurzeniu do pasa i z powrotem na brzeg się ogrzać. Słońce prażyło niesamowicie. B. poszedł się powłóczyć, a ja siedziałam na brzegu, opalałam się i pilnowałam rzeczy.













O 14.30 zebraliśmy się i poszliśmy na przystanek, żeby wrócić do Rijeki. Czekaliśmy od 15, a od 15.20 zaczęliśmy wyglądać na autobus, bo może przyjedzie wcześniej. i czekamy 10 minut, 15, 20... Autobusu ni widu ni słychu. O 16 podeszliśmy do TEJ SAMEJ Pani  kiosku i się pytamy czy stąd odjeżdża autobus do Rijeki, bo spóźnia się już pół godziny. Na to Pani nam oznajmiła, że ona to w sumie nie wie, chyba jeździ, ale nie jest pewna, bo ona nie jest stąd i tylko dojeżdża do pracy. Chyba wściekłość wypełzła nam w całej swej okazałości, bo widząc nasze miny, Pani zaczęła szybko grzebać w lodówce z lodami. Poszliśmy kawałek dalej do pizzerii (chyba jedynej w tym ... miasteczku? wsi?), na co przesympatyczna kelnerka nam oznajmiła, że musimy iść 2-3km w górę, tuż przy wyjeździe z Jadranova jest przystanek, z którego faktycznie odjeżdża autobus do Jadranova. Podziękowaliśmy i wkurzeni na maksa poszliśmy na przystanek. Droga była bardzo stroma, szybko się męczyliśmy i co chwila robiliśmy postoje. Sytuacji nie poprawiał fakt, że zjaraliśmy się straszliwie na słońcu, toteż spalone plecy były wtedy dodatkowo obcierane przez ciężkie plecaki. W połowie drogi B. złapał nam stopa - miły starszy Chorwat co prawda nie zawiózł nas daleko, bo właśnie na ten przystanek, ale byliśmy mu niezmiernie wdzięczni, bo droga z bardzo stromej robiła się prawie pionowa. Autobus miał być o 17. Takie tam 20 minut spóźnienia, był 17.20. Już chyba nigdy nie będę narzekać na spóźnione autobusy czy tramwaje miejskie w Polsce! Chwilę po 18 byliśmy w Rijece, rozdrażnieni, głodni, spaleni, obolali i przede wszystkim zmęczeni. B.wpadł na pomysł, żeby się popytać księży czy nie moglibyśmy się rozbić gdzieś na trawce przy plebanii czy przy kościele. Pomysł nie wydał mi się zbyt super, przypomnę, że jestem dość konkretną ateistką, no ale zgodziłam się. Najgorsze poszukiwania. Cały czas pod górę, po schodach, po skosie, wszędzie beton, mało cienia, upał straszny. Co trafiliśmy na jakiś kościół, to okazywało się, że jest przy nim tyle trawnika, że może dwie osoby stojąc obok siebie by się na nim zmieściły, ale o namiocie nie ma nawet mowy... Ostatni kościół ponadto okazał się prowadzić coś w rodzaju azylu dla bezdomnych. Niestety powiedzieli, że dla nas nie bardzo jest miejsce, bo goszczą już 12 rodzin, ale mogą nam dać wody. Spoko... Wróciliśmy do centrum i wpadliśmy na najbardziej genialny pomysł na świecie, naprawdę chwała mojemu B. za to! POSZLIŚMY NA PIZZĘ! <3 Była przepyszna! Ogromna (60cm za 54kuny), bo nie zrozumiałam kelnera ile cm ma dany rozmiar, smak: ser i szynka, tak klasycznie, ale pyszna :) Zostało nam po kawałku na rano (wyobraźcie sobie jacy głodni musieliśmy być, że takiego giganta zjedliśmy prawie w całości) na śniadanie :) Brzuchy pełne, przeszliśmy się do parku na schodki i rozmyślamy co z noclegiem. Pieniądze się kończą, więc hostel odpada. Kościoły niestety nie wypaliły. B, rzucił pomysł, żeby rozbić się na plaży, ale niestety nie do końca mi ten pomysł odpowiadał - plaże małe, o każdej porze ktoś się kręcił czy w nocy, czy w dzień, poza tym wiało strasznie, a nie chciałam ryzykować połamanego namiotu. "Chodź, sprawdzimy park" (niedaleko naszego hostelu, w którym spaliśmy był park, w którym nikogo praktycznie nie było... w sumie na tej uliczce również niezależnie od pory dnia czy nocy, nie było nikogo). B. nie był zachwycony, ale się zgodził. To był strzał w dziesiątkę! Rozbiliśmy się w tak odosobnionym miejscu, w prawie samym rogu z daleka od alejek, że naprawdę nie było opcji, żeby ktoś nas "odwiedził". Tak dobrze spaliśmy chyba tylko w hostelu :) Rano pobudka przed 6, szybkie pakowanie i szybkim krokiem na dworzec. Dalej pociągiem dojechaliśmy do Karlovac, busem do Katowic, skąd odebrał nas tata B. Bez większych przygód, chociaż w pociągu mieliśmy lekkie ukłucie ze stresu. Około 10.50 zadzwonił do nas kierowca busa i powiedział, że nawigacja mu pokazuje, że w Karlovac będzie tak na 11-12. Wszystko fajnie, tylko że umawialiśmy się, że miał być o 13... A to nie wiem, to z szefem Pan rozmawiał chyba, on w każdym razie będzie koło 12. Mówimy, że jedziemy pociągiem i nie wiemy, o której będziemy na miejscu, raczej przed 13. Na szczęście Pan powiedział, że na nas poczeka...

Lokomotywa pod Dworcem w Rijece

Bardzo zły Pan Gołomp :D Lokator Dworca


Drzewo moro <3



Żeby przybliżyć mniej więcej odwieczną zagadkę "tanio czy drogo" powiem tak: 170 kun =~ 100zł przy czym zwykła woda kosztowała od 6 do nawet 12 kun. Najtaniej jest w supermarketach, polecam Lidla. Jest zatrzęsienie małych prywatnych sklepików, ale tam jest zwyczajnie drogo. Dla porównania w Lidlu za naprawdę dużo rzeczy na śniadanie zapłaciliśmy 50 kun. Tyle samo zapłaciliśmy w zwykłym sklepiku za dwie wody i paczkę papierosów. Knajpy, jak to knajpy - cenowo bardzo różnie, to samo jakieś kawiarnie, puby itd. Bardzo drogie bilety kolejowe, niestety jako turyści nie ma innej (tańszej) możliwości przejazdu między miastami/miasteczkami. Busy są jeszcze droższe. Sama Rijeka... Cóż, nie jest to miasto typowo turystyczne do ochania i achania, jak tam nie jest pięknie. Nie. Jedźcie do Makarskiej albo Dubrovnika, tam słyszałam, że jest pięknie :)

Czy pojechałabym jeszcze raz autostopem? No pewnie! Polecam, niesamowite doświadczenie :) Ale po pierwsze nie tak daleko, po drugie nie w tak krótkim czasie i po trzecie z inaczej spakowanym plecakiem - połowa rzeczy w ogóle się do niczego nie przydała.