piątek, 29 kwietnia 2016

WEGE obiad, czyli kasza z pomidorami

Nie miałam niestety ostatnio za dużo czasu na makijaże czy testy kosmetyków, ale od jutra obiecuję poprawę :) Jako że nigdzie się nie wybieram na majówkę, w niedzielę lecę na Wege Foodtruck Festiwal w Łodzi (ul. Piotrkowska 217, tam gdzie wszystkie Foodtrucki miały miejsce :). Jest on w godzinach 11-18, chociaż z poprzedniej edycji wiem, że foodtrucki stoją chwilkę dłużej.

Dzisiaj za to, w ramach odskoczni, przychodzę z szybkim przepisem. Danie wymyślone przez znajomą, podczas naszego wspólnego pobytu na łódkach. Mieliśmy do dyspozycji tylko poniżej wymienione składniki i dopóki nie spróbowaliśmy, nie wiedzieliśmy co z tego wyjdzie.

Składniki:
1 cebula (ja oczywiście o niej zapomniałam i brakowało tego czegoś :)
1-2 pomidory
około garści ziaren słonecznika
1 paczka mozarelli
1 saszetka kaszy (tu użyłam owsianej prażonej, ale równie dobrze smakuje gryczana)
(opcjonalnie, jeśli ktoś jest pescetarianinem) łosoś wędzony

Na oliwie z oliwek (można oczywiście użyć dowolnego tłuszczu) prażę ziarna słonecznika. Wrzucam cebulę pokrojoną w drobną kosteczkę (czego tutaj akurat nie zrobiłam, ale jeśli ktoś będzie chciał odwzorować przepis, polecam, bo fajnie podbija smak). Dodaję następnie pokrojone w kosteczkę pomidory - im drobniejsza kostka, tym krócej się będą "rozciapywać", a na tym nam zależy. Jeśli za grubo pokroiliśmy pomidory, możemy spokojnie wlać na patelnię około pół szklanki wody, chwilkę potrzymać pod przykryciem, żeby pomidory zmiękły. Po czasie pokrywkę zdjąć, żeby woda odparowała. Dzięki temu słonecznik nam się nie przypali. W międzyczasie gotuję w osolonej wodzie kaszę. Kiedy będzie już dobra, ewentualnie "al dente", wrzucam na patelnię, aby się zaprzyjaźniła z pomidorami. Teraz dopiero zaczynam przyprawiać - wsypuję moje ulubione i niezastąpione przyprawy. Mianowicie są to: pieprz cayenne (chilli), słodka papryka, czosnek (możecie dodać prawdziwego, ja go nie znoszę, więc ratuję się substytutem w postaci proszku), sól, pieprz (ziołowy, bądź taki kolorowy, świeżo zmielony w młynku). Mieszam chwilę, żeby przyprawy nie chrupały w zębach i dodaję mozarellę, którą najlepiej jest poszarpać na takie malutkie kawałeczki. Trzymam dosłownie chwilkę, bo się dość szybko roztapia. I tyle!

Dodatkowo możecie dołożyć łososia. Ja niby położyłam, chociaż go nie zjadłam. Jakoś przeszła mi ochota na rybę xD


Nie wygląda za apetycznie, ale musicie mi uwierzyć na słowo - WYMIATA <3

Smacznego!

wtorek, 26 kwietnia 2016

Akcent na dolną powiekę - makijaż + bronzer Inglot

Dzisiaj przychodzę z makijażem, w którym pierwsze skrzypce gra mocno podkreślona dolna powieka. Tak jak obiecywałam, makijaż jest na lewym oku ;) Zapraszam!






Błędy są, nie wypieram się :)

Dodatkowo chciałabym dzisiaj pokazać bronzer do konturowania. Nie rozumiem dlaczego w Polsce dostępność bronzerów w chłodnych odcieniach jest tak fatalna. Większości osób zależy na tym, aby bronzer sprawiał wrażenie cienia pod kością policzkową, aby trochę tą buźkę wyszczuplić. Przepraszam bardzo, ale nie osiągniemy tego, waląc sobie pomarańczowo brązowe plamy (olaboga, całe życie żyłam w błędzie - przyznaję się!). Trochę pogrzebałam, poszukałam i znalazłam wystarczająco chłodny bronzer, który właśnie taki efekt stworzy. Mowa tutaj o Pudrze do modelowania twarzy HD od Inglot nr 505. Wiem, że sprawia on wielu osobom problemy. Ja zapewne też nie uniknę błędów, bowiem w sytuacjach, kiedy się spieszę, mam baaardzo ciężką rękę do kosmetyków kolorowych ;) Pierwsze maźnięcie tym bronzerem dokonałam z przerażeniem w oczach i stanie przedzawałowym. Sporo się nasłuchałam, że ten bronzer w za dużej ilości wygląda na policzku tak, jakby dopiero co przywalił nam z pięści kibol bądź padłybyśmy twarzą w błoto. Nie przeczę, MOŻE tak wyglądać. Myślę, że przyczyną może być fakt, że niesamowicie przyjemnie się współpracuje z tym produktem. Jest tak strasznie milutki, aksamitny, świetnie się rozciera, cudownie współpracuje z innymi produktami, ochy i achy. Właśnie przy takich kosmetykach należy w szczególności uważać :) Ja osobiście lekko go pacam, nabierając dosłownie odrobinkę produktu, obowiązkowo go strzepuję i tymi "ochłapami" aplikuję od zewnątrz do wewnątrz, skupiając największą ilość produktu właśnie przy uchu. Jeśli stwierdzę "nie no, Anka, przegięłaś", zawsze z pomocą przychodzi mi (bez różnicy jaki) puder. Zwykły puder. Oprócz ujarzmienia produktu zaaplikowanego wcześniej, dodatkowo go zagruntuje.
Koniec gadania, teraz trochę zdjęć :)










Przed aplikacją - na policzku róż i rozświetlacz



Tutaj nie mogłam się zdecydować, które zdjęcie wstawić, więc wstawiam oba :)

Enjoy :)

czwartek, 21 kwietnia 2016

MOTD czyli kolorujemy nudziaka

Dzisiaj przychodzę z moim makijażem, który właśnie mam na sobie w pracy. Zabawne, że blog ten miał być blogiem o tematyce właśnie makijażowej, a jak na razie więcej tutaj tak zwanych "haul'i zakupowych" niż faktycznych makijaży. Trzeba będzie nad tym popracować :)
Jako, że wcześniej dzisiaj skończyłam zajęcia na uczelni, miałam trochę więcej czasu na zabawę z makijażem, no i w końcu udało mi się wykonać zdjęcia w świetle dziennym. Ostatnio na instagramie co wchodzę na jakiś profil, widzę opublikowane zdjęcie przepięknego makijażu dziennego z kolorową kreską. Postanowiłam więc sama spróbować taki makijaż zmalować. Co z tego wyszło? Zapraszam do oglądania!





Tak jak obiecałam, makijaż na lewym oku (chociaż odruchowo zaczęłam przygotowywać prawe xD). Trochę czasu zajęło mi rozcieranie cieni w załamaniu, ale udało się :)

Dodatkowo zachęcam wszystkich do pozostawiania komentarzy (każdemu odpowiadam oraz odwiedzam każdy profil :), obserwowaniu na bloggerze czy instagramie, a ponadto zapraszam na snapchat: annkarw  - właśnie jestem w trakcie jego "rozruszania" :D

Enjoy :)



niedziela, 17 kwietnia 2016

Zakupy z zakresu pielęgnacji

Dziś przychodzę z kolejnym zakupowym postem. Zwlekałam z jego publikacją, żeby nie wyszło na to, że tylko się chwalę i nic innego na blogu się nie dzieje :) Mam ostatnio okres wzmożonej gotowości do pracy, gdyż jak zwykle obudziłam się z ręką w nocniku i biegusiem piszę prace, które mam do zaprezentowania w tym tygodniu (poniedziałek - część licencjatu, czwartek, a tak naprawdę środa do godziny 12 <muszę przesłać gotową pracę na maila> - prezentacja). Stąd też trochę zaniedbałam czytanie postów na subskrybowanych przeze mnie blogach. Jak będę mieć chwilę wolnego, to obiecuję wszystko nadrobić :) Tymczasem zapraszam do oglądania :)




Olejek o zapachu migdałów i dzikiej róży od Marion, kupiony za niecałe 5zł. Bardzo wodnisty, lejący. Po nałożeniu na włosy intensywnie pachnie różą. Niestety kiedy 1-2 razy w tygodniu daję odpocząć włosom, myjąc je tylko szamponem i nakładając na końce serum zabezpieczające, ten olejek nie zdaje egzaminu. Jest zdecydowanie za słaby, za to idealny do stosowania przy metodzie OMO, którą dopiero odkrywam :)



Produkt, który już gościł na blogu i doczekał się swojej osobnej recenzji (klik!) :) Kupiony za około 10.50zł


Strasznie ciężko dostać paski o tym kształcie, dlatego od razu wrzuciłam je do koszyka, mimo iż ostatnio gustuję w hybrydach i pewnie nie za prędko ich użyję. Cena niewiele ponad 6zł








Od groma maseczek, bo nie pamiętam kiedy ostatnio coś nakładałam na twarz :) Każda w granicach 3-5zł


Przy okazji zakupów w Kauflandzie, udało mi się dorwać perfumy w zestawie z dezodorantem za niecałe 18zł. Dostałam je uprzednio od mamy i już były na wykończeniu, więc z dziką radością wrzuciłam je do koszyka :)



Odżywka od Isany, nie pamiętam ile kosztowała, ale coś około 7zł. Wydaje mi się, że wybrałam jak najmniej obciążającą włosy odżywkę do metody OMO. Jednak zagorzałą włosomaniaczką nie jestem, więc na 100% nie powiem czy będzie ok w świetle cg :)



Maska od Kallosa, którą za zapach raz kocham, a raz nienawidzę. Wszystko zależy od humoru, bowiem pachnie ona...mlekiem z sosem karmelowym (polecam w kawiarni wziąć Latte Caramello bez kawy :P). Niestety strasznie nieopłacalny biznes, bo za nią dałam jakieś 6-7zł, a za wielką puchę Kallosa płacimy około 10zł. Ale że przytargałam mamę na zakupy, musiałam się jej słuchać dla świętego spokoju ("najpierw wypróbuj, a potem kupisz większą wersję) :P Stosuję jako tą bardziej treściwą odżywkę w metodzie OMO.






Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła jakiejś pierdoły z kosmetyków do makijażu :P Tutah mamy podkład od Maybelline kupiony na promocji za niecałe 25zł. Niestety o jeden odcień za jasny dla mnie :( Ale będę kombinować, gdzieś chyba mam jakiś ciemniejszy podkład :)



Jedyny płyn do płukania jamy ustnej w normalnej cenie bez szkodliwego alkoholu dostępny w Rossmannie - shame on you :P Kupiony za 10zł




I na koniec żel peelingujący do mycia twarzy, który już uwielbiam. Mam nadzieję, że pomoże mi zwalczyć zaskórniki, które panoszą mi się na całym nosie (chyba każdy por jest zapchany). Kupiony za około 15zł

Tak prezentują się moje zakupy :) Zobaczymy jak się będą sprawować :)
Enjoy :)

piątek, 15 kwietnia 2016

Recenzja matowej pomadki od Lovely Extra Lasting

Popijając kawę w pracy, postanowiłam napisać post, gdyż zapewne przez weekend nie będę miała czasu. Wynika to z tego, że mam do napisania na poniedziałek znaczną część pracy licencjackiej, a nie mam jeszcze nic (no, może pół strony). Nie jest źle, bo licencjat u mnie na wydziale ma mieć tylko do 10 stron :) Podobno wynika to z tego, że licencjat nie może się równać z magisterką, a więc jego formę należy zmienić. Ale ale, dość smętów, trzeba przejść do konkretów :)


Dzisiaj przychodzę z krótką recenzją tego oto gagatka. Zacznijmy od początku. Opakowanie jest naprawdę zwyczajne. Nie ma tu żadnej rewelacji w postaci matowej końcówki, fajnych wytłoczeń. Nie. Ot, jak błyszczyk. Jeśli mam się przyczepić jako grammar nazi, wyjątkowi poeci są zatrudnieni w tejże firmie. "Lip gloss matowy do ust z formułą długotrwałą". Dżizas. Najpierw przymiotnik, później rzeczownik.


Mój odcień to nr 2. Taka jagodowa fuksja. Chciałąm kupić czerwień, jednak stała tylko jedna sztuka na półce w Rossmannie - chyba nie muszę mówić, że była wymacana, wyciućkana, wylizana na wszystkie możliwe sposoby? Wracając. Aplikator jest dość podobny do tego z pomadki od Sleek, jednakże trochę gorzej wykonany. Jakoś ten produkt tak dziwnie okleja włoski szczoteczki.



Sama aplikacja jednak do najtrudniejszych nie należy. Stosunkowo długo zasycha, to fakt. Ale nie ma uczucia takiego ściągnięcia, jak przy Sleeku. Dodatkowo pomadka nie wysusza ust prawie wcale. Absolutnie nie czuć jej na ustach, nie robią się spierzchnięte, nie ma uczucia nałożenia maseczki peel-off. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że mamy tutaj do czynienia z uczuciem nawilżenia.



Jeśli chodzi o trwałość, to spokojnie wytrzymuje 3-4 godziny. Po tym czasie robi się dziwna. Na zdjęciach wygląda kiepsko, jednak w rzeczywistości, aż tak źle się nie prezentuje. Może w ten sposób - jej zjedzenie nie jest tak bardzo widoczne. Pocieszające jest to, że spokojnie możemy dołożyć kolejną warstwę i cieszyć się następne 3-4 godziny. Trzeciej warstwy nie polecam, bo pojawia się uczucie "ciacha".



Cena pomadki to 10zł z hakiem. Jak na tą cenę, muszę przyznać, że jest naprawdę dobrze. Może nie będzie to mój pomadkowy ulubieniec, ale konia z rzędem temu, kto mi znajdzie w tej cenie ideał/lepszy produkt :)

Enjoy :)