wtorek, 1 marca 2016

Testowanie Estee Lauder Double Wear + marcowy misz masz

Parę dni temu znalazłam w swoim magicznym koszyku próbkę podkładu, nad którego kupnem poważnie się ostatnio zastanawiałam. Mianowicie Estee Lauder Double Wear Stay-in-Place Makeup. Próbkę dostałam w odcieniu (prawdopodobnie standardowym dla próbek) 2C3 Fresco 01. Jest niestety trochę za ciemny dla mnie, więc byłam zmuszona rozjaśnić go troszeczkę moim znienawidzonym podkładem od L'Oreal (klik!). Jak się spisał?

Nałożyłam go około godziny 8 rano. Aplikacja większej trudności nie sprawiła. Ładnie się rozsmarował, niewielka ilość starczyła na całkowite pokrycie twarzy i kawałka szyi. Próbka miała 1ml, a pozwoliła mi spokojnie na jej dwukrotne użycie. 


Tego dnia miałam naprawdę brwiowy kryzys, więc proszę - don't judge me xD Po lewej zdjęcie podkładu w pełnej krasie. Skwaszona mina wynika tylko i wyłącznie z tego, że do rannych ptaszków nie należę, a moja mimika nie działa tak, jak powinna. Po prawej natomiast widać, jak cudownie pracowało mi się z bronzerem na tymże podkładzie, wcześniej przypudrowanym. Tak, praca z bronzerem również zależy od dobrego podkładu (z L'Orealem często gęsto wychodziły plamy na twarzy, jakbym została co najmniej pobita). Na twarzy go w ogóle nie czułam. Nie oszczędzałam podkładu wcale. Najpierw zrobiłam makijaż, później się ubrałam. Wielokrotne zakładanie płaszcza (zawsze się "smyrnę" po twarzy), dmuchanie nosa, bezwarunkowe macanko po twarzy. Nie miał lekko, ale chyba po podkładzie za 180zł należy spodziewać się cudów. Jak to wyglądało w połowie dnia?



















Niby wszystko ok, ale jednak nie do końca. Może wynika to z tego, że pomieszałam go z tamtym badziewiem? Aczkolwiek naprawdę nie było go dużo, sama nie wiem. Zdjęcia robione koło godziny 15, a więc mniej więcej po 6 godzinach. Widać lekkie zmęczenie podkładu. Uwydatnił się bardziej bronzer, pod oczami w zmarszczkach ewidentnie zebrały się wałki podkładu. Jednakże dzień przed zakupiłam bibułki matujące (które swoją drogą uważałam za zbędny wydatek, czego teraz żałuję), więc poszły w ruch i twarz wróciła do pierwotnego wyglądu, czyli tak, jak wyglądała tuż po nałożeniu "tapety". Ostatecznych zdjęć nie mam niestety. Podkład został zmyty około godziny 22, po powrocie z pracy. Jak wyglądał wtedy? Zniknął całkowicie z samego czubeczka mojego nosa. I tyle. Żadnych nieproszonych wyprysków, nie uwydatnił tych już obecnych, nie zrobił się tłusty. Wszystko jak najbardziej w porządku. 

Niestety jego cena mnie nadal skutecznie odstrasza. Wobec czego dzisiaj zamówiłam jego tańszy odpowiednik, z którym już kiedyś obcowałam, a mianowicie podkład Revlon. Jednakże będę musiała się nauczyć odpowiednio przygotowywać pod niego twarz, gdyż niestety jest on wysoce zapychający.

Ostatnio jakoś mi nie po drodze z makijażami oczu. Jeden cień (na zdjęciu obok dwa) i już. Za to zaczęłam używać cielistej kredki na linię wodną i malować dolne rzęsy, co jest u mnie niesamowitym krokiem w przód. Zakupiłam też wkład od Inglota z serii Freedom Rainbow czy jakoś tak. Bardzo fajnie się sprawdza u mnie w malowaniu brwi.

>Sukienka Walentynkowa< Dzisiaj postanowiłam wprowadzić sobie na ten miesiąc Marcowe Wyzwania. Rzeczy, za które zabieram się od długiego już czasu - mówię, że muszę coś zrobić, a i tak tego nie robię. Mianowicie:
-ruszenie licencjatu
-przygotowanie 3 prezentacji, które mam na zaliczenie przedmiotów
-zmiana przychodni
-pójście do fryzjera (wybieram się już od 3 lat i coś dojść nie mogę)
Myślę, że na razie te cztery rzeczy wystarczą. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Ostatnio wkręciłam się strasznie w używanie kalendarza. Wszystko zapisuję - jest to chyba mój pierwszy przejaw racjonalnego zachowania. Oczywiście mam już sporą listę pomysłów na posty, więc jest szansa, że o nich nie zapomnę i się pojawią na blogu.
Myślę też o zmianie wyglądu bloga, jakieś ładne zdjęcie na stronę główną, coś, co by go troszkę ożywiło. Zobaczymy :) Tymczasem Enjoy :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz