poniedziałek, 14 marca 2016

Powrót do PRZESZŁOŚCI, czyli jak zmieniały się moje makijaże na przestrzeni lat

Dzisiaj odhaczam pozycję z "pomysłów na posty", a mianowicie jak wyglądały oraz jak się zmieniały moje makijaże - od początku do końca ;)

SŁOWEM WSTĘPU:
Na początek od razu się przyznam, że jestem dzieckiem lat 90. Wtedy się urodziłam, a w teoretyczny rok końca świata poszłam do podstawówki - to tak słowem wstępu, ale przybliżyć ówczesne czasy i trendy. W podstawówce był absolutny zakaz jakiegokolwiek wyróżniania się z tłumu. Nie malowało się paznokci, nie farbowało się włosów, makijaż był surowo zabroniony, a wchodzący wtedy piercing był złem straszliwym i kojarzonym ze środowiskami patologicznymi. Kombinowało się natomiast z włosami. Kucyki ( jeden albo najlepiej dwa) wysoko, a później jak najniżej, upięte, warkocze, warkoczyki (były też takie specjalne maszynki do robienia mnóstwa warkoczyków na głowie - często wplątywały się we włosy i godzina z życia wyjęta wraz z kępami wyrwanych włosów, żeby to dziadostwo wyplątać), przedziałki (najpierw na McDonald'sa, potem zygzaki, aż finalnie na bok, najlepiej tak głęboko, od ucha), karbownica i największy hit - ogromna, jak najbardziej ozdobna spinka (przypomina zęby, taka ogromna "żabka"). Wtedy nawet nikt nie pomyślał o podrasowaniu twarzy, bo przecież byliśmy dziećmi. Jedynym poważnym kosmetykiem do twarzy były błyszczyki i pomadki, ale o mamo, jakie pomadki! Nivea w odcieniu pearl albo truskawkowa, bo ona barwiła usta na czerwono i wtedy wyglądało się tak... Dorośle. Oczywiście nasze biedne mamy absolutnie nie pozwalały kupować tych smarowideł, ale nie mogły nic poradzić, bo przecież były dołączane do gazet ;) W tamtych czasach nikt również nie przejmował się datami ważności kosmetyków - kupiłam i on był, dopóki go nie zużyłam, dopóty nadawał się do użytku. Do aplikowania cieni były pacynki dołączane do kosmetyków, bądź zwykłe patyczki do uszu czy palce, choć te ostatnie były w złym guście. O ubraniach się raczej nie wypowiem, bo nigdy nie miałam parcia na to, aby ubierać się modnie, więc moda swoje, a Ania swoje :)

GIMNAZJUM
Przełomowym dla mnie okresem były wakacje, po których miałam iść do gimnazjum. Wiecie, DOROSŁOŚĆ. Wtedy też pojechałam do kuzynki i nie mogłam wyjść z szoku: jej mama pozwalała jej się malować! I to nie byle jak, bo i podkład, i puder, do tego rzęsy, a na wyjścia na dyskoteki nawet kreska na linii wodnej (wtedy nie znano tego określenia, wtedy mówiono "na dole oka"). Jak tylko wróciłam do domu, udało mi się wysępić zgodę mamy na kupienie pierwszego, prawdziwego podkładu, którym był... Krem tonujący z Ziaji. Oczywiście argumentowałam potrzebę posiadania tego "podkładu" tym, że mam syfy i nie dość, że będzie je leczyć, to jeszcze je zakryje. Taki Pomysłowy Dobromir byłam, a co. Oczywiście puder, bo świecenie się było totalnie passe i oznaczało problemy ze skórą. Wtedy wszyscy kupowali Synergen z Rossmana dostępny w trzech odcieniach. Niezależnie od pory roku, zawsze miałam odcień Vanilla i byłam wielce z tego powodu dumna, bo ładnie brzmi i w ogóle "vanilla" przywodzi same dobre myśli. Brwi były i już, nikt z nimi nic nie robił, bo i po co. Najfajniej było, jak na ustach miało się podkład, bo wtedy były takie blade. Kolorowe pomadki czy błyszczyki były brzydkie, najfajniejsze były blade i perłowe.


W drugiej klasie gimnazjum w jakimś numerze Twista była dołączona paleta cieni. Ale nie byle jaka! Jasny zielony z ciemnym, błękitny z ciemniejszym takim lazurowym, różowy z fuksją, żółty z  pomarańczowym, jasny fiolet z ciemnym oraz beż z brązem. Właśnie w takim zestawieniu malowałam oczy, a brązy i beże były fe. Nikt nawet nie pomyślał żeby połączyć różne kolory ze sobą, no bo jak, przecież jak oko ma być fioletowe, to się malujemy fioletowymi cieniami i kropka.



W trzeciej klasie gimnazjum albo już w pierwszej liceum na mikołajki klasowe zażyczyłam sobie cienie do powiek. I dostałam nie byle jakie! Bo piękne perłowe z Lovely (do tej pory są w Rossmanach, pięć okrągłych wypiekanych cieni w takim okrągłym pudełku). Odkryłam wtedy też eyeliner od Wibo. Pamiętam, że bardzo chciałam nauczyć się robić cieniutką kreskę, ale ona mi nigdy nie wychodziła i zawsze była strasznie gruba, tak bardzo, że praktycznie zasłaniała cienie na powiece. Wtedy byłam strasznie zła, że mojego pięknego makijażu nie widać. W tym czasie odkryłam youtube, który wcale nie przypominał obecnego. Na topie były jak najbardziej kolorowe makijaże (polecam zobaczyć pierwsze filmiki QueenOfBlending czy Faffinettex3) i dowiedziałam się, że można łączyć ze sobą różne kolory, np. niebieski z różowym. Oczywiście brwi same w sobie były nadal wystarczająco ciemne. Niby już były pierwsze rzeczy do pokreślania brwi, ale jakoś szczególnie się nimi nie interesowałam. A, no i odkryłam pędzle do makijażu! Oczywiście ten najtańszy zestaw startowy dostępny w każdym sklepie. Pamiętam, że bardzo chciałam mieć pędzel do blendowania (nie, to wtedy nie było rozcieranie, tylko blendowanie), ale niestety nie miałam ani pieniędzy, ani nigdzie nie można było go kupić. Jako, że trochę rysuję i maluję farbami, miałam spory zapas pędzli. Wzięłam więc najbardziej puchaty i największy, jaki miałam, i przemianowałam go na pędzel do blendowania.


Pod koniec pierwszej klasy liceum doznałam olśnienia - trzeba malować brwi! Jednym kolorem, tyle samo produktu na początku, jak i na końcu brwi. No bo ma je być widać!


Niestety wtedy też stwierdziłam, że super do takiego mocnego makijażu będą wyglądać mocne, kolorowe usta.


Na całe szczęście w pewnym momencie nie chciało mi się wstawać aż tyle czasu wcześniej, więc malowałam tylko kreskę eyelinerem, tuszowałam rzęsy i tak przeminęła mi druga i trzecia klasa liceum, bez większych przypałów. Jednak non stop oglądałam filmiki na youtube, ale ćwiczyłam już sobie tylko w domu. Na studiach jeszcze pamiętam, że przez pewien czas zaznaczałam jeszcze mocniej brwi, bo żelowym eyelinerem (brązowym na szczęście).



OBECNIE
Na początku byłam wielką fanką płynnego eyelinera - Wibo przez bardzo długi czas był moim ulubieńcem.


A teraz uczę się obsługiwać żelowy eyeliner, co na jednym oku nawet fajnie mi wychodzi, natomiast na drugim nie chce wyjść za cholerę.



TWARZ
Z twarzą większych perypetii nie było. Przez całe gimnazjum tylko i wyłącznie nakładałam podkład i puder matujący. Korektorów nienawidziłam, nigdy się do nich nie przekonałam i nawet teraz często gęsto omijam ten bardzo istotny element. W pierwszej klasie liceum odkryłam róż do policzków. Na początku byłam strasznie zafascynowana Japonią i wszystkim, co z tym krajem związane, więc nie trudno było mi trafić na gyaru, które robiły sobie okrągłe kółka na środku policzków, co w połączeniu z całym ich makijażem sprawiało, że wyglądały na słodziutkie laleczki


Powoli jednak przestało mi się to podobać. Poza tym zobaczyłam dziewczynę na youtube, która miała tak prześlicznie nałożony róż, że sama zapragnęłam się tak malować


Tak to właśnie u mnie wyglądało ;) Jedyne, czymś się mogę usprawiedliwiać, to ówczesną modą, badziewnymi makijażami figurującymi w gazetach i małym dostępem do wiedzy w zakresie makijażu :)
Enjoy!





4 komentarze:

  1. Witam imienniczkę :)
    Z czasem nauczysz się robić dobrą krechę linerem na obu powiekach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A witam witam ;) oj czekam na ten moment z niecierpliwością :)

      Usuń
  2. Każdy kiedyś zaczynał od ZERA :) Ja choć perfekcjonistką nie jestem,to zadowala mnie makijaż,który potrafię zrobić :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dokładnie, i bardzo spodobało mi się zdanie QueenOfBlending "I remember where I started" :)

    OdpowiedzUsuń