poniedziałek, 8 lutego 2016

Powrót do rzeczywistości

Wczoraj wróciłam ze Szczyrku, gdzie pojechaliśmy na narty. Równiutki tydzień w górach :)

Jeśli chodzi o koszty: najtańsza wypożyczalnia jaką znaleźliśmy - 30zł za komplet (narty, buty, kijki), wejście na stok mniej więcej 50zł. Mieliśmy to szczęście, że nie musieliśmy płacić za nocleg, bo mieszkaliśmy w domku wujka B. Najdrożej wyniósł nas... alkohol :)

Nigdy do tej pory nie jeździłam na nartach. Sądziłam, że będzie ciężko, ale nieskromne przyznam, że szło mi całkiem dobrze - jak to mój brat powiedział "dobre geny" (brat jeździ na snowboardzie, dziadek na łyżwach). Jeździliśmy na Złoty Groń. Uczył mnie mój B. jednakże nie przemyślał tego i od razu wziął mnie na stok, który wyglądał mniej więcej tak: stromo - łagodniej ale nadal pod kątem - stromo - łagodnie, idealnie do nauki - średnio stromy zjazd. Zdenerwowałam się strasznie, bo nie byłam w stanie ustać, a co dopiero zjechać, więc wkurzona SCHODZIŁAM ze stoku, po czym pół godziny siedziałam i czekałam, aż mi przejdzie złość. Spróbowaliśmy potem na takim mini zjeździe. Myślałam, że jest dla dzieci, a tu okazało się, że jest do nauki. Po opanowaniu swojej pierwszej w życiu trasy pojechaliśmy na orczyk. Na nim spędziłam resztę dnia. Swoje pierwsze upadki zaliczyłam ostatniego dnia zjeżdżania, kiedy to po katowaniu orczyka zdecydowaliśmy się przenieść na stok. Wykupiliśmy wtedy karnet od 16 do 21. Zjeżdżałabym do końca, gdyby nie bolesny upadek około 19.30, kiedy to uderzyłam się w biodro, zrobiło mi się niedobrze i czułam ból w całym kręgosłupie.

W wolnym czasie siedzieliśmy w domku, oczywiście piliśmy, bo jakże by inaczej (nie mogliśmy się w ogóle upić, a ja chyba pobiłam swój rekord przyjętego alkoholu), graliśmy w Heroes III, tabu i rozmawialiśmy. Któregoś dnia stwierdziliśmy, że jest tak ładnie, że pójdziemy na spacer. Niestety jesteśmy typowymi dziećmi XXI wieku totalnie pozbawionymi kondycji, więc wjechaliśmy i zjechaliśmy wyciągiem. Strasznie wiało, ale widoki przepiękne!

Śniadania robiliśmy sobie sami. A raczej: kto mógł robić śniadania mając dwóch chłopów w domku? Kobieta :P Tak więc ja robiłam śniadania. Obiadokolacje jedliśmy "na mieście". W cudzysłowie, bo Szczyrk doprawdy ciężko nazwać miastem. Trzy razy byliśmy w Green Pubie, który był nie wiem czemu postrzegany przez wszystkich jako świetna restauracja. Niestety ja nie byłam zadowolona. Za pierwszym razem jedzenie było super, ale kelnerka strasznie niemiła. Ok, może miała kiepski dzień, nie czepiam się. Za drugim razem kelnerka cudowna, sympatyczna, zabawna. Jedzenie jednak przypalone. Za trzecim razem obsługiwał nas sympatyczny chłopak, ale źle zrozumiał moje zamówienie. Nienawidzę żurku w chlebku. Poprosiłam o normalny żurek na talerzu i dodatkowo chleb. Dostałam niestety żurek w chlebie, a więc mikroskopijną ilość zupy, która przekształciła się w zupę chlebową, taką ciapaje. Na drugie wzięliśmy pizzę i tutaj nie tyle ona była niesmaczna, co nie wpisała się w moje smaki. Chłopakom smakowała, a ja chyba po prostu nie lubię świeżych liści (w tym wypadku szpinak). Na osłodę powiem, że grzane piwo mieli przepyszne! Któregoś dnia wylądowaliśmy w Zapiecku. Niestety weszliśmy niezauważeni i trochę czekaliśmy na obsługę, ale to ewidentnie z naszej winy. Tego dnia byłam troszkę poddenerwowana, bo musiałam się zapisać na zajęcia przez USOS, co przypomina wyścig szczurów - kto pierwszy, ten lepszy, wobec czego najpierw poparzyłam się żurkiem, a potem jadłam zimne polędwiczki w sosie śmietanowo-grzybowym. Jedzenie jednak przepyszne, porcje ogromne, ogólnie super. Ostatnią restauracją, którą odwiedziliśmy wracając ze stoku była Karczma Pod Zbojem, gdzie zamówiliśmy pizzę. Praktycznie zero rantów, dużo składników, bardzo smaczna. Niestety w Szczyrku czy okolicach jedynym daniem bez mięsa była szpinakowa lazania i pierogi z grzybami. Moja dieta uległa więc zawieszeniu.

Na cały pobyt zrobiłam makijaż tylko jeden jedyny raz. Nie chciałam pobrudzić pożyczonego od brata kasku, zresztą zawsze się szykowaliśmy do wyjścia w pośpiechu. No i pokochałam rozświetlacz :) Jeśli chodzi o hybrydę, to coś musiałam zrobić nie tak, bo zaczęła mi odłazić po jakiś 5 dniach, no i dosyć niechlujnie ją nałożyłam.

A teraz sypnę sporą ilością zdjęć :)





























Oczywiście tuż przed wyjazdem skończył mi się podkład, wobec czego już mam pomysł na dwa posty - o dotychczasowym oraz o nowym maziadle :)
Enjoy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz