wtorek, 23 lutego 2016

L'Oreal True Match recenzja

Dziś przychodzę z recenzją podkładu, który kupiłam jakoś pod koniec stycznia, szukając w miarę dobrego podkładu, który mógłby zastąpić mi ten, który do tej pory używałam. Mój wybór padł na L'Oreal true match. Pamiętam, że trafiłam wtedy na promocję: przy zakupie dwóch kosmetyków z serii true match dostawało się -40% zniżki osobno na każdy, a przy zakupie trzech -50% na każdy z trzech produktów. Tak więc zakupiłam oprócz podkładu puder (o którym może kiedy indziej będzie mowa, a może nie będzie wcale, zobaczymy). Pomyślałam, że w sumie nawet fajnie, bo dwa produkty z tej samej serii powinny razem ze sobą cudownie współgrać. Ekhm... Powinny.


Co wiemy od producenta?
"Wiatr oraz niskie temperatury to główne czynniki, które sprawiają, że nasza skóra jest bardziej podatna na podrażnienia zimą. Bardzo ważne jest aby w szczególności w tym czasie stosować produkty, które zapewniają komfortową aplikacjęPodkład True Match zawiera rewolucyjne połączenie czterech olejków eterycznych dla wyjątkowego komfortu aplikacji i równomiernego wykończenia makijażu. Zapewnia doskonałe rozprowadzenie podkładu, łatwość użytkowania i wyjątkowe sensoryczne doświadczenie.Nowa kremowa formuła zawiera kombinację glicerynywitaminy E i B5 dla wyjątkowego komfortu. Pozostawia skórę gładką i miękką w dotyku. Gama aż 9 odcieni pozwoli każdej kobiecie znaleźć swój idealny.Efekt nieskazitelnie wyglądającej skóry zimą? Odkryj podkład True Match z nową technologią rozdrobnienia pigmentów dla jeszcze bardziej precyzyjnej aplikacji. Pigmenty są tak drobne, że dają efekt naturalnie wyglądającej skóry."

Zacznijmy od początku, a więc od tego, czego nie lubię nigdy pisać. Podkład zamknięty jest w szklanej butelce z pompką ułatwiającą wydobycie produktu. Kupując go, zostajemy powalone na kolana pięknym, wręcz burżujskim wyglądem, godnym super drogiego produktu. Srebrna główka, kwadratowy kształt pompki, nowoczesna elegancja pełną gębą. Oczywiście z czasem użytkowania klniemy na czym świat stoi, bo z tej srebrnej części tragicznie ciężko usunąć produkt. Podkład się na niej rozmazuje i wygląda obrzydliwie, uwalony cały w swojej zawartości. A może to ja mam tendencję do brudzenia wszystkich opakować kosmetyków?
Aplikacja produktu jest po prostu koszmarna! Lejąca się, tłusta woda nie jest w stanie ładnie wylądować na naszej twarzy. Próbowałam na wszelkie możliwe sposoby: kropki na całej twarzy i rozmazanie paluszkami - klapa. Wylanie paru pompek (2-3) na dłonie, rozsmarowanie energiczne poprzez pocierani dłoni o dłoń i wmasowanie w twarz - klapa. Nakładanie gąbeczką od Real Technics - klapa. Aplikacja za pomocą pędzla Hakuro - klapa. Albo produktu nie ma wcale, albo robią się plamy, albo po prostu tworzy nam się maska. Przy pędzlu często widać smugi pędzla. Nakładałam również na różnorodnie przygotowaną twarz: surową, a więc dopiero co umytą samym mydłem - czapa. Po wcześniejszym wklepaniu kremu - czapa. Na bazę pod makijaż - czapa. O co Ci podkładzie chodzi?
Naprawdę byłabym w stanie to wybaczyć. Jestem bardzo wyrozumiała jeśli chodzi o kosmetyki. Ale to, jak ten podkład prezentuje się po aplikacji po jakiś 2-3... Nie, tego wybaczyć nie mogę. Polecam powiększyć zdjęcia - dałam bardzo dużą wielkość.






Podkład, jak widać, znika całkowicie w takich miejscach jak nos, skóra wokół nosa, broda oraz cała okolica ust. Specjalnie, chcąc sprawdzić, czy to moja wina, nie dotykałam nosa przez cały ten właśnie czas, a więc 3-4 godziny. Ba, nawet nie kichnęłam ani razu! Producent nie przewidział tego, że zimą owszem, jesteśmy wystawione na mróz, ale wtedy też przez ogromną różnicę temperatur cieknie z nosa jak z kranu. Bądź ugilana, ale nadal miej podkład <3 Dodatkowo podkład się warzy. I to strasznie, jak widać. Nie jest to wina nieodpowiedniej aplikacji pudru - błagam, robię to od pierwszej klasy gimnazjum, wiem jak to się robi, zwłaszcza że z normalnym, dobrym podkładem nic takiego się nie dzieje.Próbowałam również innego pudru. Guzik, nic z tego. Ponadto podkład po tym czasie uwidoczni Wam wszystkie zmarszczki, nawet te, o których nie miałyście w ogóle pojęcia (nie wiedziałam, że mam zmarszczkę między oczami na grzbiecie nosa, ok). UWAGA: robią się od niego w trybie ekspresowym pryszcze. A, no tak, dodam jeszcze, że cały czas czuć go na twarzy. Coś w stylu posmarowania sobie twarzy cienką warstwą oleju. Do tego nie trzyma się twarzy - spróbuj lekko dotknąć palcem, uderzyć się w czoło, w jakikolwiek sposób skontaktować twarz z innym ciałem obcym - w tym miejscu pięknie się będzie szczerzyć Wasza skóra, bez grama podkładu, który całkowicie osiadł na owym ciele obcym. Nie, to nie jest normalne.

Przykro mi, ale ja po niego więcej nie sięgnę i szczerze nie polecam. Nie potrzebuję podkładu, który będzie wyglądał dobrze, jeśli wyskoczymy do sklepu na przeciwko domu po bułki i po powrocie go zmyjemy. Pracuję po 12 godzin i oczekuję, żeby tyle podkład wytrzymał (Revlon spisywał się w tej kwestii świetnie). Z niecierpliwością czekam, aż to badziewie się skończy, bo naprawdę szlag mnie trafia z nim.

Co teraz? Cóż, skoro to był niewypał, a do Astora również nie wrócę, spróbuję odłożyć pieniążki na podkład Estee Lauder Double Wear. Od jakiegoś czasu mam na niego chrapkę, gdyż bardzo lubię totalne krycie (a słyszałam, że jest w tym całkiem niezły). Pożyjemy zobaczymy :)

Enjoy ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz