czwartek, 11 września 2014

Chwila wolnego

Tak się złożyło, że znalazłam chwilę wolnego czasu i stwierdziłam, że coś tu dodam. Jestem zalatana, bo albo jestem w pracy albo na uczelni i załatwiam wpisy do indeksu, albo jestem na uczelni i piszę egzaminy, albo siedzę w domu i się uczę. Pocieszający jest jednak fakt, że mogę z całą pewnością stwierdzić, że będę na drugim roku. Pozostaje pytanie czy będę w plecy 1000zł, 500zł czy może wcale, bo zostały mi dwa ciężkie egzaminy. Ale oto jestem.
Szału w notce nie będzie, bo odgrzewam stare (zimne?) kotlety, ale ważne, że daję znać, iż nie umarłam, tylko wciąż wiodę swój marny żywot zombie.
Najpierw makijaż. Teoretycznie dwa, aczkolwiek w chwili obecnej nie jestem w stanie sobie przypomnieć czy faktycznie się czymś od siebie różniły oprócz kreski. Przez pewien czas miałam fazę na kreskę robioną cieniem, która była delikatniejsza i bardziej rozmyta. Teraz czasem ją robię, czasem nie, raz mi szybciej wychodzi niż normalnym eyelinerem, czasem wolniej.



Na żadnym zdjęciu nie mam zrobionych brwi. Po pierwsze nie chce mi się, po drugie nie mam na to czasu, po trzecie przeszła mi faza na mocne, odrysowane, wręcz karykaturalne grube brwi. Obecnie lekko je wypełniam, ale to też zależy od czasu i humoru.

Tak niestety wyszło, że mój do tej pory ukochany tusz Manhattan Volcano Xtra Explosive Volume umarł. Zaczął się osypywać, oczy swędziały mnie niemiłosiernie, kicha generalnie. Przyszedł najgorszy czas - musiałam kupić tusz do rzęs. Nienawidzę tego robić, po prostu nienawidzę. Zawsze są obiecywane efekty nie z tej ziemi, pogrubia, wydłuża, efekt sztucznych rzęs, urosną ci 10cm, będą grubsze do 0,5m. A potem się okazuje, że z obietnic pozostaje "smutny korniszonek" (that's what she said). Stwierdziłam, że nie będę wydawać nie wiadomo ile na tusz, bo znowu się okaże, że klapa totalna, a ja sobie będę pluć w brodę, że zmarnowałam każdą cenną złotówkę. Podeszłam potulnie do szafy Lovely. Grube, różowe opakowanie. Efekt sztucznych rzęs. Ok, co mi szkodzi, 10zł nie majątek. Upewniłam się, że nie macane, wrzuciłam do koszyka, kupiłam. Rewelacji się nie spodziewałam. A teraz? Znalazłam chyba swój ukochany rusz do rzęs. Pogrubia, wydłuża, nie osypuje się, jest czarny, nie skleja rzęs. Ideał. No, dobra, z tym sklejaniem to sprawa wygląda tak, że na początku sklejał, ale z tego co wiem, to większość tuszy tak ma. Poza tym mam dziwne rzęsy. Bo niby podkręcone, ale w sumie to nie, poplątane jakieś takie, rosną we wszystkie strony świata, do tego są "łyse pola". Zresztą dłużej paplać nie będę. Mam zdjęcia.


Lewe oko jak widać łyse


Podkręciłam zalotką


Pierwsza warstwa tuszu


I druga warstwa


Jak robiłam te zdjęcia, to aż tak bardzo nie umiałam jeszcze się tym tuszem "obsługiwać", teraz jest lepiej, aczkolwiek i tak uważam, że efekt jest naprawdę całkiem niezły :) A tusz wygląda tak o:

Kicz :P

Dodatkowo musiałam wymienić atomizer w epapierosie. A wszystko przez mojego kota. Cicia (tak się wabi) oczywiście jest za gruba, żeby zgrabnie przejść między laptopem a I-Pet'em i swoim grubym tyłkiem strąciła fajka na ziemię. Efekt taki, że plastik odpadł, olejek się wylał, do tego metalowa część do odkręcania się zakleszczyła i o, do wymiany. Mimo, że plastik wepchnęłam, to i tak ciekło. Wczoraj się zebrałam i dokonałam więc zakupu atomizera.



Jak na razie to tyle. Aktualnie czekam, aż przyjdzie do mnie paczka z allegro i pewnie na dniach znowu tu wrócę :)

2 komentarze: