czwartek, 25 września 2014

Oczami sprzedawcy, czyli dekalog "aby żyło się lepiej"

Od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem napisania postu dotyczącego całej "przyjemnej" strony bycia sprzedawcą w centrum handlowym w sklepie obuwniczym. Temat zupełnie niekosmetyczny, ale w końcu jest to BLOG. Poza tym muszę się wyżalić :P
 Od razu uprzedzam, że jest to MOJE zdanie, MOJE odczucia, MOJE zażalenia. Nie WASZE (TWOJE) czy też innych sprzedawców, więc nie musicie się z tym utożsamiać w żaden sposób.
Zacznijmy od początku, a więc od przywitania. Czy to naprawdę tak wiele kosztuje powiedzenie "dzień dobry"? Wchodzisz do obory czy do sklepu, w którym chcesz coś kupić i chcesz, żeby miła pani Cię obsłużyła? Czy jak przychodzisz w gości, do nauczyciela, do pracy, gdziekolwiek to też od razu przechodzisz do rzeczy bez jakiegokolwiek "hello"? Uwierzcie, to strasznie irytuje. Gorsze jednak jest to, kiedy Ty (sprzedawca) mówisz głośno, wyraźnie, z uśmiechem na twarzy "dzień dobry", bo jednak jesteś w tym sklepie dla ludzi, a delikwent Ci nie odpowiada. Mama nie nauczyła? Czy może nie chcesz się zniżać do poziomu takiego "czegoś" jak sprzedawca? Rozumiem, że można nie usłyszeć, ale jeśli stoję pół metra od osoby i się z nią witam, to jak przepraszam bardzo można tego nie usłyszeć?
Druga sprawa: uwierzcie, naprawdę nie jest mi łatwiej, gdy podchodzicie do mnie z całym naręczem butów. Z trzema parami ok, ale nie z dziesięcioma. Dodatkowo u mnie w pracy buty są wystawione z jednego modelu po dwa. Nie jest zbyt ciężko chyba podnieść oba buty i sprawdzić czy tam przypadkiem nie ma rozmiaru, który chcesz? Poza tym, naprawdę, jeśli but występuje w dwóch kolorach to nie znaczy to, że różnią się rozmiarami. Ok, wiem, niektóre buty mają to do siebie, że np. beżowy wyglądają ohydnie, ale czarny już ładnie. To chociaż rozmiar sprawdźcie czy jest ok, już trochę roboty dla nas mniej.
Po trzecie: wchodzicie do sklepu i chyba widać na pierwszy rzut oka jak są buty poukładane? Rozumiem, że niektórym mogą się mylić modele, że w sumie można się pogubić jeśli dany model występuje w różnych wersjach kolorystycznych, ja to wszystko rozumiem, bo sama mam często problem, a w dodatku męskie garniturowe wyglądają dla mnie tak samo. Ale but naprawdę nie wygląda lepiej, kiedy stoi PIĘTĄ do klienta, podczas gdy wszystkie są an face.
Czwarta sprawa: znajomość prawa. Wiecie, mam wrażenie, że wszyscy, którzy przychodzą do sklepu są prawnikami (prokurator, adwokat, radca prawny, rzeczoznawca, ba, nawet notariusze) albo chociaż mają jakiś znajomych, którzy są biegli w przepisach. Serio? Serio jesteście na tyle bezczelni, żeby kłamać osobie studiującej na wydziale prawa? Przykładów mam naprawdę wiele, począwszy od Pana, który stwierdził, że ZAWSZE jest możliwość zwrotu, bo to jest napisane w prawie europejskim, bo w polskim nie ma, poprzez Panią robiącą aferę u rzeczoznawcy, bo "skoro mi nie naprawili, chociaż zniszczyłam buty ze swojej winy, co nie podlega tak naprawdę reklamacji, to chociaż wejdę na sprawę sądową, bo się spóźnili JEDEN DZIEŃ z informacją o decyzji" (dodam, że buty kosztowały 70zł), kończąc na Panu, który odgrażał się znajomościami u notariusza (jakaś księga wieczysta, buty w spadku, ktoś coś?). Jeśli naprawdę nie chcecie zrobić z siebie pośmiewiska, chcecie zaoszczędzić sobie i nam nerwów, to poczytajcie trochę odpowiednich przepisów. Życie prostsze i przyjemniejsze. Dodam, że inaczej sprawa wygląda w outletach, a inaczej w normalnych sklepach. W dodatku ZWROT JEST TYLKO I WYŁĄCZNIE DOBRĄ WOLĄ SPRZEDAWCY. Chcecie zwrócić towar, choć w sklepie mówią, że się nie da i nie wolno? Wolno i się da, serio. Gadka, że "system odrzuca" jest jedną wielką ściemą. System nie odrzuca. My po prostu musimy po zrobieniu zwrotu zgrabnie napisać oświadczenie, które idzie do firmy, w taki sposób, żeby nie zebrać ochrzanu w stylu "czemu?! przecież nie wolno!". Jedyne co trzeba, to wystarczy grzecznie powiedzieć co i jak.
Piąta rzecz, pewnie najbardziej kontrowersyjna. Powoli już mijają czasy, kiedy po smutnych latach komuny i Pań za ladą nie-podoba-się-to-spieprzaj, klientowi najzwyczajniej w świecie właziło się w tyłek. My, sprzedawcy, też jesteśmy ludźmi. Pamiętajcie, że role mogą się kiedyś odwrócić i my też możemy być tak samo chamscy dla Was, jak Wy dla nas. Kiedyś pewna Pani koniecznie chciała, żebym przyniosła jej dany model, dany rozmiar. Grzecznie powiedziałam jej, że niestety, ale nie jestem w stanie jej teraz obsłużyć, ponieważ męczę się z dostawą, która przyszła przed godziną 9 (była w tym czasie godzina 14, a przyszło około 30 paczek, w każdej po pełnej rozmiarówce z 2-3 modeli), ale na sklepie jest jeszcze druga koleżanka, która na pewno Panią obsłuży (wskazałam na koleżankę palcem), proszę do niej podejść, a na pewno Pani pomoże. W odpowiedzi usłyszałam, że jestem niemiła, że ona ma w d*pie moją dostawę, że to nią powinnam się zając, bo ona jest ważniejsza, że ona też pracuje w handlu, a jest zawsze uśmiechnięta i chętna do pomocy (nie to co ja) i ona prosi o "księgę skarg", w której napisze do mojego przełożonego jak to ja jestem zła i niedobra. Ludzie, serio? Serio? Nie skomentuję tego, lecz dodam, że dłuugo po tej sytuacji chodziłam zdenerwowana i bluźniłam siarczyście tak, że szewc by się zawstydził.
Szósta sytuacja, moja ulubiona, reklamacje. Przez wszystkich uwielbiane reklamacje. Rozumiem, że jesteście źli. Też bym się wkurzyła, gdyby buty rozwaliły mi się po tygodniu, po miesiącu. Ale, ale, ale. Zróbcie sobie szybki test. 1) czy dane uszkodzenie podlega reklamacji? 2) w jaki sposób i czy na pewno dobrze i wystarczająco pielęgnowałam obuwie? 3) co bym zrobił/a gdybym była rzeczoznawcą i dostałabym te buty? Warto pamiętać o tym, że w przypadku reklamacji wygląda to tak: jeśli buty da się naprawić, to producent w pierwszej kolejności będzie je naprawiał, następnie klientowi przysługuje wymiana na ten sam lub inny model, na końcu dopiero jest ewentualny zwrot gotówki (uszkodzenia muszą być naprawdę poważne, żeby przyznać zwrot gotówki). Uwierzcie, że lepiej zaznaczyć zawsze tę naprawę, tak dla świętego spokoju, bo potem będzie tak, że odczekacie te 14 dni, będzie w decyzji odmowa, a jak już w końcu buty pojawią się na sklepie z naszą odmową, to w uzasadnieniu rzeczoznawcy możemy zobaczyć "odmowa wymiany i/lub zwrotu gotówki. Naprawa za zgodą klienta". W ten sposób z dwóch tygodni robi nam się miesiąc. W tym punkcie warto dodać kilka "perełek". 1) producent NIE MA PRAWA naprawić Waszych butów, jeśli nie wyrazicie na to zgody 2) 14 dni jest na poinformowanie klienta O DECYZJI, to nie jest czas, w którym ma się pojawić decyzja, buty mają zostać naprawione i dodatkowo wrócić na sklep. Nie. 14 dni na decyzję. Producent nie ma wszystkich "części składowych" wszystkich swoich wyprodukowanych kiedykolwiek butów na stanie. Czasem te części muszą przyjść i czasem musi na nie czekać tydzień, dwa, a nawet i miesiąc, bo muszą zostać wyprodukowane. Odsyłam do przepisów, jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości. 3) Gwarancja to nie jest to samo co reklamacja. Na chłopski rozum gwarancja polega na tym, że jeśli w ciągu okresu trwania gwarancji cokolwiek Ci się zadzieje z butem, to przynosisz do sklepu i dostajesz albo zwrot pieniędzy, albo dokladnie ten sam nowiutki model. Reklamacja jest to coś zupełnie innego. Polega na tym, że jeśli w ciągu 2 lat (nie wiem czy okres reklamacji jest ustalany przez firmę czy jest regulowany w przepisach, u mnie w każdym razie wynosi on 2 lata) coś Ci się stanie z butami, to przysługuje Ci prawo bezpłatnego "oddania pod oko rzeczoznawcy", który to stwierdzi czy przysługuje Ci bezpłatna naprawa, wymiana na buty minimum w tej samej cenie, zwrot pieniędzy z uwagi na powagę uszkodzeń czy też z różnych powodów będzie reklamacja odrzucona. Leciutko odkleiła Ci się podeszwa? Nie licz na zwrot gotówki. Znudziły Ci się buty, więc "umiejętnie" podrobisz uszkodzenie "naturalne"? Uwierz mi, reklamacje rozpatrują ludzie, którzy się na tym znają. Dodam również, że w pewnych sklepach obuwniczych, a właściwie sieciach sklepów rozreklamowanych w mass-mediach, reklamacje rozpatrują na miejscu w sklepie. Polega to na selekcji tych nadających się faktycznie na wysyłkę do rzeczoznawcy i tych, które są absolutnie bezpodstawne. A właśnie w tych sklepach osoby które "rozpatrują wstępnie" reklamacje są tak przeszkolone, że są w stanie tak ująć w słowa odmowę, że nie przyjmą butów, które zepsuły się po jednym dniu chodzenia, w dodatku z winy źle zrobionego buta, bo klient składający reklamacje był po prostu chamem. Sporo warta uwaga w przypadku trampek: normalną rzeczą jest, że pęka podeszwa w miejscu zgięcia oraz odklejają się w tym miejscu gumy po obu stronach, niezależnie czy za trampki zapłaciliśmy 5, 10, 20, 40 czy 200zł. Tak te buty są W WIĘKSZOŚCI skonstruowane i nic na to nie poradzimy. Rzadko kiedy te wady są rozpatrywane pozytywnie, jeśli uszkodzenie to stało się po dłuższym niż pół roku czasie. Mówię to z doświadczenia, a nie żeby się wymądrzać.
Kolejną rzeczą, której my, sprzedawcy, nienawidzimy, jest pytanie się o rabaty. Może ten punkt sprecyzuję do sytuacji u mnie. Sklep naprawdę obwieszony jest ze wszystkich stron plakatami ze wszystkimi aktualnymi promocjami. Na ladzie przyklejone są regulaminy korzystania z rabatów. Ok, skupieni, w szale zakupów można tego nie zauważyć. Więc spytajcie się sprzedawcy od razu albo przed zakończeniem transakcji. Nie gryziemy i odpowiemy na pytanie, dodatkowo podając najważniejsze warunki skorzystania z promocji, bo taki mamy obowiązek narzucony odgórnie. Jedyne, czego nie mogę zrozumieć, to sytuacji, w której klient wybiera sobie parę butów za np. 240zł i pyta się o jakiś rabacik. Samo słowo rabacik wywołuje grymas podirytowania. Kupujesz tak drogą parę butów, jedną jedyną, nie ma żadnego oznaczenia na produkcie, nie ma żadnej wzmianki, sprzedawca mówi, że nie mamy aktualnie na nie promocji ani żadnej innej korzystnej, a Ty nadal drążysz i drążysz. NIE znaczy NIE. Chociażby z tego względu, że ja potem musiałabym oddawać różnicę z własnej kieszeni. Jedyne, co mogę dać, to 5-10% na TOWAR NIEPEŁNOWARTOŚCIOWY za zgodą kierownika, z których to rabatów również jesteśmy bardzo restrykcyjnie rozliczani przez "ludzi z góry". Naprawdę zrobi Ci wielką różnicę 7-10zł mniej (bo tyle to przeważnie wychodzi)? Jeśli wybierasz tak drogie buty, to znaczy, że Cię na nie STAĆ. Sytuacja z torbą skórzaną. Klientka: Ile kosztuje ta torba? Ja: 439,90. K: Nie da się obniżyć do 400? J: Niestety, jest to nowa kolekcja, w dodatku jest to torba skórzana, a na nie nigdy nie ma promocji. K: Naprawdę nie da się chociaż trochę upuścić? J: Niestety nie mogę. K: Chociaż te 40zł. J: Naprawdę nie mogę, torba nie jest uszkodzona, nie ma w dodatku osoby upoważnionej do dawania rabatów, czyli kierownika, a ja sama z siebie nie mogę. K: Może jednak? Mamy tylko 400zł. J: Przykro mi, nie mogę. K: Ale my możemy. J: (krew mnie w tym momencie zalała) Niestety, nie mogę udzielić żadnego rabatu, ponieważ będę musiała później oddawać z własnej kieszeni. Niestety klientka wcale się tym faktem nie przejęła (w większości przypadków ten argument trafia do ludzi) i wyszła ze sklepu bez żadnego pożegnania. Marzę o dniu, w którym do ludzi dotrze, że centrum handlowe nie jest targowiskiem, komisem ani też giełdą, gdzie po prostu NIE WYPADA się targować.
Ósmy punkt. Pielęgnacja obuwia. Szybki kurs. Zamsz, nubuk, eko-zamsz - wszystkie produkty w sprayu, w żadnym wypadku nic do smarowania, bo będzie po butach. Lico - wszelkie pasty, kremy, tłuszcze (aczkolwiek tych nie polecam, gdyż nieumiejętne używanie niszczy but w sposób najczęściej nieodwracalny) oraz, uwaga, impregnat. Impregnat, jako jeden z niewielu produktów, nadaję się do wszelkiego rodzaju obuwia. I ważna rzecz - nie pryskamy nim raz, bo to nie wystarczy. Trzeba nanieść około 3 warstw. Wracając do licowej skóry czy też sztucznego odpowiednika. Do jasnych butów używamy bezbarwnych, bądź w odpowiednim kolorze mazideł, zaś do czarnych najlepiej mazidła czarne. Lakierowane skóry i/lub takież tworzywo - są specjalne produkty przeznaczone do tego typu butów. Żadne pasty, kremy, tłuszcze, nic psikanego, bo się wszystko zmatowi. Również można stosować do licowych skór o wysokim połysku (w głównej mierze mowa o garniturowych butach, które świecą jak wiadomo jaka część ciała psa, a jednak nie są lakierowane), gdyż wypolerowanie kremu zajmie całą wieczność, a i tak nie ma gwarancji, że nie zmatowieją. Rozbrajające są dla mnie pytania "jak pielęgnować kalosze". Błagam, to są KALOSZE! Mokra szmata i wsio! Możecie ewentualnie użyć czyścika, czyli takiej gąbki nasączonej tłuszczem, ale jest sens natłuszczać miękką gumę? Jak dla mnie nie. Nie mówię o Hunterach, które są robione z kauczuku naturalnego i są do nich specjalne preparaty. Mówię o zwykłej, chamskiej, sztucznej gumie. Więc zastanówcie się zanim kupicie kalosze poniżej 100zł. Wracając na moment do licowej skóry. Skóra naturalna licowa ze względu na taką, a nie inną pracę naszych stóp się gniecie i jest to całkowicie normalne, że z czasem pojawiają się takie a la "pajączki". Jeśli jej nie natłuszczacie, to zagniecenia te są widoczne, bo wyciera się kolor. O buty skórzane należy dbać tak, jak o naszą własną skórę. Natłuszczać, czyli nawilżać, czyścić, bo nagromadzona pasta może popsuć nam skórę, zabezpieczać przed przemakaniem, bo raz przemoczona skóra będzie w przyszłości chłonąc każdą wodę jak gąbka.
Dziewiątka. Wchodzenie do sklepu "za dziesięć minut zamykamy". Zacznę od siebie. Ja też chcę iść do domu. Też bym chciała chwilę wcześniej wrócić. Często w centrach handlowych ludzie nie pracują po 6-8 godzin, tylko niestety 12, często parę dni pod rząd po 12 godzin, bez możliwości siadania z wyjątkiem 15- lub 30-minutowej przerwy, bo firma preferuje "wieczne stanie w gotowości pod ostrym rygorem". Około pół godziny przed zamknięciem tak naprawdę pracownicy przygotowują sklep do zamknięcia, zamiatają, myją podłogi etc, bo po zamknięciu po prostu nie mają płacone niezależnie od tego, ile by w tej pracy nie siedzieli (stali). Niech więc Was nie dziwią pełne nienawiści spojrzenia, gdy wchodzicie, bo "tu jest jeszcze otwarte". Rozumiem, gdy się spieszyliście po coś konkretnego, pędzicie na łeb na szyję z pracy czy z domu, bo coś jest Wam na gwałt potrzebne, a nie mogliście wcześniej dokonać zakupu. Nawet butów. My to rozumiemy, bo sami też nie raz, nie dwa na pewno mieliśmy taką sytuację. Przykład rozjaśniający, o co mi tu właściwie chodzi. Wchodzi mąż z żoną do sklepu. Mąż widać, że najchętniej by nas po stopach całować w ramach przeprosin, że wszedł o tej porze do sklepu. Żona, niczym nie wzruszona, ogląda buty. Botki, kozaki, szpilki, baleriny, widać, że nie jest na nic konkretnego nastawiona, po prostu ogląda. Mierzy z nudów, coś jej wpadnie w oko, ale nie, jednak nie pasuje, chodzi, kręci się, ogląda, przymierza, odkłada i tak w kółko. Mąż, widząc nasze zawiedzenie w oczach (tak, bo już nawet nie złość, tylko znowu-wrócę-do-domu-i-położę-się-spać-bo-na-nic-innego-nie-będę-mieć-już-czasu), zwraca się delikatnie do żony "Kochanie, chodź już wyjdziemy, zaraz zamknięcie, a Panie też chcą na pewno iść już do domu". Żona tak się oburzyła, że wydarła się na cały sklep "O co Ci chodzi?! Przecież do zamknięcia są jeszcze DWIE MINUTY!!!". Szczena mi w tym momencie opadła. Jedyne co jestem w stanie powiedzieć, to "bezczelna". To samo tyczy się, jeśli przychodzicie tuż po otwarciu centrum. Wiem, chcecie zdążyć przed pracą albo potrzebujecie danej rzeczy "na wczoraj". Jednak poranek jest momentem, gdy musimy uporać się z dostawą, czasem ogromną. Podejdziemy do Was, jeśli czegoś potrzebujecie, nie musicie chrząkać, tupać, mówić przesadnie donośnym głosem wyrażającym Wasze oburzenie.
Dziesiąta rzecz i ostatnia, zbiorcze myśli. Traktujcie sprzedawców jak ludzi, a nie jak roboty lub śmiecie. Jesteśmy normalnymi ludźmi, takimi jak Wy. Mamy gorsze dni, Wy również. Patrzcie na to, jak i co robicie. Chcielibyście przychodzić do czystego, uporządkowanego sklepu? Nie róbcie w nim bałaganu. Nie widzicie nigdzie kosza na zużyte skarpetki jednorazowe? Spytajcie gdzie możecie taką wyrzucić. Na sklepie zawsze jest kosz, czasem przeznaczony tylko dla pracowników, bo "firma jest zbyt skąpa", ale jest. Nie ma potrzeby chowania zużytych skarpet między pufy do siedzenia, w buty czy po prostu rzucania na podłogę lub na półkę. Chcielibyście znaleźć taką zużytą skarpetę? Bo ja nie. Aha, zawsze, ale to zawsze dajemy Ci niemierzoną lub całą parę, jeśli chcesz ją kupić, o ile taką mamy. Mniej roboty zajmuje przyniesienie takiego pudła z magazynu, niż odklejanie metki, drukowanie nowej i naklejanie na nowego buta. Nie musisz się pytać czy dostaniesz nową parę. Jeśli by była nowa, to byś ją dostał. U mnie w pracy przynajmniej tak to działa, dodatkowo zawsze informujemy klienta, że otrzymuje całą nową parę. Ostatnia rzecz: błagam, używajcie tych jednorazowych skarpet. Nie dezynfekujemy butów. Nie masz pojęcia kto przed Tobą wkładał nogę - czy była spocona, brudna lub zainfekowana.

To w sumie chyba tyle moich zażaleń. Zdaję sobie sprawę z tego, że są sprzedawcy nieuprzejmi, wredni, chamscy, którzy nie są pokojowo nastawieni dla klientów. Napisałam, jak to wygląda w moim indywidualnym przypadku.

;) Enjoy

poniedziałek, 15 września 2014

Allegrowa paczuszka

Dzisiaj przyszła do mnie paczka wyczekiwana, wyglądana z niecierpliwością. Bez zbędnego wstępu wrzucam zdjęcia, robione dosłownie przed chwilą, stąd trochę dziwny odcień i niewyraźność niektórych









Pędzle są naprawdę dobrej jakości, balsam pachnie prześlicznie (niestety w składzie parafina i parabeny, aczkolwiek te ostatnie robią masakrę na mojej twarzy, dla ciała są obojętne), kolor Essie jest cudowny (#740 French Affair nie wiem czy numer poprawny, bo kupiłam go za... 10zł), pilniki rewelacyjne, patyczki jak to patyczki (normalne). O dezodorantach nie muszę się wypowiadać, bo zakochałam się w tym zapachu i są dla mnie mega <3 Podkładu i zdzieraka do stóp nie próbowałam, więc się nie wypowiem na ich temat, ale pewnie jutro będzie moje pierwsze podejście :)

czwartek, 11 września 2014

Chwila wolnego

Tak się złożyło, że znalazłam chwilę wolnego czasu i stwierdziłam, że coś tu dodam. Jestem zalatana, bo albo jestem w pracy albo na uczelni i załatwiam wpisy do indeksu, albo jestem na uczelni i piszę egzaminy, albo siedzę w domu i się uczę. Pocieszający jest jednak fakt, że mogę z całą pewnością stwierdzić, że będę na drugim roku. Pozostaje pytanie czy będę w plecy 1000zł, 500zł czy może wcale, bo zostały mi dwa ciężkie egzaminy. Ale oto jestem.
Szału w notce nie będzie, bo odgrzewam stare (zimne?) kotlety, ale ważne, że daję znać, iż nie umarłam, tylko wciąż wiodę swój marny żywot zombie.
Najpierw makijaż. Teoretycznie dwa, aczkolwiek w chwili obecnej nie jestem w stanie sobie przypomnieć czy faktycznie się czymś od siebie różniły oprócz kreski. Przez pewien czas miałam fazę na kreskę robioną cieniem, która była delikatniejsza i bardziej rozmyta. Teraz czasem ją robię, czasem nie, raz mi szybciej wychodzi niż normalnym eyelinerem, czasem wolniej.



Na żadnym zdjęciu nie mam zrobionych brwi. Po pierwsze nie chce mi się, po drugie nie mam na to czasu, po trzecie przeszła mi faza na mocne, odrysowane, wręcz karykaturalne grube brwi. Obecnie lekko je wypełniam, ale to też zależy od czasu i humoru.

Tak niestety wyszło, że mój do tej pory ukochany tusz Manhattan Volcano Xtra Explosive Volume umarł. Zaczął się osypywać, oczy swędziały mnie niemiłosiernie, kicha generalnie. Przyszedł najgorszy czas - musiałam kupić tusz do rzęs. Nienawidzę tego robić, po prostu nienawidzę. Zawsze są obiecywane efekty nie z tej ziemi, pogrubia, wydłuża, efekt sztucznych rzęs, urosną ci 10cm, będą grubsze do 0,5m. A potem się okazuje, że z obietnic pozostaje "smutny korniszonek" (that's what she said). Stwierdziłam, że nie będę wydawać nie wiadomo ile na tusz, bo znowu się okaże, że klapa totalna, a ja sobie będę pluć w brodę, że zmarnowałam każdą cenną złotówkę. Podeszłam potulnie do szafy Lovely. Grube, różowe opakowanie. Efekt sztucznych rzęs. Ok, co mi szkodzi, 10zł nie majątek. Upewniłam się, że nie macane, wrzuciłam do koszyka, kupiłam. Rewelacji się nie spodziewałam. A teraz? Znalazłam chyba swój ukochany rusz do rzęs. Pogrubia, wydłuża, nie osypuje się, jest czarny, nie skleja rzęs. Ideał. No, dobra, z tym sklejaniem to sprawa wygląda tak, że na początku sklejał, ale z tego co wiem, to większość tuszy tak ma. Poza tym mam dziwne rzęsy. Bo niby podkręcone, ale w sumie to nie, poplątane jakieś takie, rosną we wszystkie strony świata, do tego są "łyse pola". Zresztą dłużej paplać nie będę. Mam zdjęcia.


Lewe oko jak widać łyse


Podkręciłam zalotką


Pierwsza warstwa tuszu


I druga warstwa


Jak robiłam te zdjęcia, to aż tak bardzo nie umiałam jeszcze się tym tuszem "obsługiwać", teraz jest lepiej, aczkolwiek i tak uważam, że efekt jest naprawdę całkiem niezły :) A tusz wygląda tak o:

Kicz :P

Dodatkowo musiałam wymienić atomizer w epapierosie. A wszystko przez mojego kota. Cicia (tak się wabi) oczywiście jest za gruba, żeby zgrabnie przejść między laptopem a I-Pet'em i swoim grubym tyłkiem strąciła fajka na ziemię. Efekt taki, że plastik odpadł, olejek się wylał, do tego metalowa część do odkręcania się zakleszczyła i o, do wymiany. Mimo, że plastik wepchnęłam, to i tak ciekło. Wczoraj się zebrałam i dokonałam więc zakupu atomizera.



Jak na razie to tyle. Aktualnie czekam, aż przyjdzie do mnie paczka z allegro i pewnie na dniach znowu tu wrócę :)