środa, 30 kwietnia 2014

Maseczka + Majówka

Żeby nie był to wpis typowy, wspomnę o masce na włosy, którą sama sobie zrobiłam. Bez zdjęć co prawda, ale mam nadzieję, że mój opis wystarczy.

Stwierdziwszy, że moje włosy potrzebują jakiegoś odżywienia innego niż chemia dostępna w drogeriach, zaczęłam grzebać po internecie wpisując w jakże sławną wyszukiwarkę "domowe maseczki włosy". Mądrzejsza o sto kilo wzięłam miseczkę i oto, co do niej wpakowałam:

-oliwa z oliwek, jednak co by za dużo jej nie marnować, bo droga, wymieszałam z Oliwierem. I tu czytamy w mądrych internetach, że "świetna na suche i zniszczone włosy, działa jak balsam na przesuszoną skórę głowy"
-jajko, całe, zwykłe, całkiem duże, bo "zawiera wiele witamin i substancji odżywczych, najlepsze jest na słabe i wypadające włosy"
-cytryna, a raczej wyciśnięty z jej połówki sok, "żeby nam te włosy mniej się przetłuszczały i pięknie błyszczały"
-miód, którego serdecznie nie cierpię, wlałam, bo jest "szczególnie polecany do włosów suchych, zniszczonych, łamliwych, a dzięki przeróżnym witaminom i minerałom pomaga utrzymać odpowiednią ilość nawilżenia włosów"
-płatki owsiane, nie wiem po co, tak po prostu sobie wsypałam, kierowana irracjonalnym instynktem, że zaszkodzić nie zaszkodzi

Szczęśliwa, że mam w końcu jakąś cud-maseczkę niedrogą i zdrową, wylałam zawartość naczynia na włosy, wmasowałam w skórę głowy, włosy spięłam, ręcznik nałożyłam, usiadłam przy laptopie, włączyłam serial i... do moich nozdrzy doleciał mało przyjemny zapaszek. Śmierdziało to cholerstwo pierońsko, jak gnój naturalny, którym rolnicy nawożą pola. Wszystkie składniki były świeże, zapewniam! Smród jak sto pięćdziesiąt. Jeśli ktoś jest wrażliwy na tym punkcie, to nie polecam, naprawdę. Sama musiałam spryskać ręcznik perfumami. Trzymałam to cholerstwo dobre pół godziny, powtarzając jak mantrę "dla piękna trzeba cierpieć".

A efekty końcowe?
Poszłam pod prysznic. Nakładam szampon, sławny Babydream. Myję. To, co miałam na głowie było gorsze od siana. Jeden, wielki, zniszczony kołtun. Ok, na drugie mycie poszedł Facelle, wiadomo jakie są po nim włosy. Ale tu zdziwienie, było lepiej. Nałożyłam swoje zwykłe odżywki, spłukałam, reszta wiadoma.
Tak cudownych włosów dawno nie miałam! Mięciutkie, lśniące, sprężyste falo-loki, które mam. A najlepsze było to, że ze świeżością wytrzymały DWA DNI, co u mnie jest po prostu szczęściem niepojętym, a dobrem nieosiągalnym, bo z moim przetłuszczaniem włosy muszę myć minimum raz dziennie. Od razu mówię - to nie jest zasługa tych moich odżywek, na pewno. Wiem, jak wyglądają moje włosy po ich użyciu i uwierzcie mi, były o sto, jak nie więcej razy ładniejsze :)


A teraz ogłoszenia parafialne:

Nikogo to nie zdziwi, ale mówię: jadę na majówkę, w Góry Świętokrzyskie. Wracamy baaardzo późnym wieczorem w niedzielę, więc na blogu pewnie dopiero w przyszłym tygodniu coś się pojawi.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz