sobota, 24 sierpnia 2013

Mascara Maybelline the rocket volum' express

Moje rzęsy od zawsze były cienkie. Gęste i długie, ale cienkie. W gruncie rzeczy byłam z nich bardzo zadowolona aczkolwiek lubiłam efekt teatralnie wydłużonych i pogrubionych rzęs. Wiecie, jak u lalki.
Tuszy do rzęs przewinęły się u mnie setki, niektóre mniej, inne bardziej trafione. W pewnym momencie trafiłam na produkt wszech czasów - Maybelline One by one Satin black. Zakochałam się w nim, używałam non stop. I w pewnym momencie coś mnie podkusiło, żeby potestować inne mascary. Za wiele ich nie było, bo dwie (z czego recenzja jednej widnieje już na blogu). I tutaj przechodzę do meritum.
Weszłam do pewnej znanej sieci drogerii. Patrzę: promocja! No to sru, do koszyka, pyk! bach do torby, kupione, do widzenia.
Opakowanie jest totalnie kiczowate. Nie wiem kto dobrał kolory, ale generalnie mu to nie poszło. Ok, nie szata zdobi... kosmetyk? Zaglądam do środka. Gigantyczna szczoteczka (?) z ultrakrótkimi silikonowymi włoskami. Połowa tuszu znajduje się na "patyczku" łączącym szczoteczkę z nakrętką. Ee...



Przyznam szczerze, że musiało minąć kilka tygodni zanim go użyłam po raz pierwszy. Byłam zniesmaczona pierwszym wrażeniem, poza tym musiałam skończyć poprzedni tusz.

Ale nadszedł wielki dzień. Otwieram, sytuacja z tuszem, który był wszędzie, znowu się powtórzyła. No nic, wycieram, obcieram, po minucie zabawy nadaje się do użytku. Przybliżam do rzęs, przeciągam i... Omal nie zemdlałam. Szczoteczka mnie PODRAPAŁA. Wtf, ludzie?! Myślę, ok, może za blisko trzymałam. Następne próby trochę lepiej, aczkolwiek jeden nieostrożny ruch i linia wodna znowu podrapana (dodam, że górna linia wodna).
Wszystko wskazywało na to, że aplikacja tego tuszu przyjemna nie będzie. Nie była. Bardzo łatwo zrobić sobie "ciapy" na całej powiece. Rzęsy absolutnie sklejone - chyba nie na tym miało polegać pogrubienie? Myślałam, że nic gorszego już się stać nie może. Jakże się myliłam.
Po paru godzinach zaczynają mnie strasznie swędzieć, wręcz piec powieki, tuż przy linii rzęs. Ok, trzeba zmyć. Sięgam po płyn micelarny z bebeauty. O mój Boże. To, co obkleiło moje rzęsy jest totalnie odporne na jakikolwiek demakijaż. Kupiłam dwufazówkę, ale nawet dla tego potwora jest za słaba. Jedyny sposób na ten... PODPRODUKT to zwilżenie wodą rzęs, najlepiej brać prysznic jeszcze w makijażu, po wyjściu spod niego usunąć tusz dwufazowym płynem, po czym umyć twarz oraz dokładnie oczy. Jest szansa, że w jakimś stopniu się tego czegoś pozbędziecie.
Jednak dlaczego moja notka ma wydźwięk tak bardzo negatywny, pełen agresji. Ok, kolejny nieudany produkt, ale czy to naprawdę powód, żeby pisać w ten sposób?
Tak. Kiedyś miałam piękne, zdrowe, gęste rzęsy. Teraz połowa z nich mi wypadła przez TO COŚ.


Na zdjęciach oczywiście mam na sobie ten tusz. Nigdy więcej.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Ot, tak.


Chwalę się znowu, tym razem własnoręcznie robionymi koszulkami. Pomysł zaczerpnięty z tegoż oto tutoriala(/u?) 


 Wygrzebałam więc stare T-shirt'y i dodałam wzory wg własnego pomysłu, zrezygnowałam jednak z wycinania dołu T-shirt'u, jakoś nie bylam (i nie jestem nadal) do tego przepokana. Na zdjęciach niestety są po Woodstocku, a więc wygniecione, za co z góry przepraszam.



Każda z tyłu ma zawiązaną czarną kokardkę
Na zakończenie postu najpiękniejsze, najcudowniejsze 3 rzeczy, które przywiozłam ze sobą :D
1 paczka West Ice = 1 para oksów <3